sobota, 10 października 2015

5

5. At night a candle's brighter than the sun.

Jak zawsze w stresujących sytuacjach poszłam do szafki wiszącej nad blatem i wyciągnęłam z niej paczkę papierosów. Jestem osobą niepalącą na co dzień, ale czasem sytuacja zmusza mnie do szybkiego odstresowania, które daje mi to świństwo. Czekałam na Paula stojąc na tarasie i zaciągając się powoli dymem z mentolowego papierosa. Lekki wiatr owiewał moje bose stopy i odkryte nogi oraz ramiona. Z tego wszystkiego nie zdążyłam nawet się przebrać. W głowie ciągle kołotały mi słowa napisane na kartce.
„Nie ciesz się na zapas, bo zamienię Twoje życie w piekło."
Kto mógł ją zostawić i w jaki sposób tu wszedł? Gdy wypaliłam papierosa a zawarta w nim nikotyna choć trochę mnie uspokoiła i przestałam się niekontrolowanie trząść, podeszłam do drzwi i przyjrzałam się zamkowi. Faktycznie, po dokładniejszych oględzinach dało się stwierdzić, że był on trochę wyszczerbiony w jednym miejscu. Wskazywało to na niepodważalne ślady włamania. Że ja wcześniej tego nie zauważyłam! Przeklnęłam w myślach i wróciłam do środka, upewniwszy się wcześniej, że zamknęłam dokładnie drzwi.

Po niecałych dwudziestu minutach stałam z Paulem w tym samym miejscu. Zdążyłam przebrać się w coś cieplejszego i wypić cały kubek kawy.
- Ktoś bez wątpienia majstrował przy tym zamku - Paul potwierdził moją teorię, po czym wstał i przyglądnął mi się. - Jak się trzymasz?
- A jak mam się trzymać? Ktoś chce mnie wystraszyć i nie powiem...trochę mu się udaje. Jakbyś się czuł na moim miejscu? - spytałam retorycznie.
- Pokażesz mi tę kartkę?
- Jasne – przytaknęłam i skierowałam się do salonu. Leżała na stole tak jak ją tam zostawiłam. Paul założył rękawiczkę i przyglądnął się jej. Nie było w niej nic istotnego poza wydrukowanym napisem. Zrobiłam to chyba z dziesięć razy kiedy na niego czekałam.
- Cholera, gdyby było to odręczne pismo, byłoby nam znacznie łatwiej. Trzeba to dać technikowi. Może mamy do czynienia z idiotą, który zostawił swoje odciski.
- Miejmy nadzieję, bo to na razie jedyny punkt zaczepienia. – Powiedziałam przyglądając się skrawkowi papieru. – Chcesz drinka? Ja nie wytrzymam tego chyba na trzeźwo. – Blondyn skinął głową i usiadł na kanapie. Przyniosłam dwie szklanki whisky z lodem. Podałam jedną Paulowi, a z drugiej się napiłam i usiadłam obok niego.
Zaczęłam analizować w głowie możliwości. Czy to nie było dziwne, że dostałam tę kartkę zaraz po pierwszym dniu pracy w firmie Adamsa? Może on doskonale wie, że jestem podłożona i próbuje się mnie pozbyć, zastraszając mnie? To by było naprawdę dziwne, zważając na to, że dopiero dziś mnie „poznał” i na to, że nie miał prawa o tym wiedzieć.
No bo jak?
Jedyną osobą która wiedziała była Rachel, ale to też nie wchodziło w grę. Ludzie Andrews’a dokładnie ją sprawdzili, zanim przystąpili do czegokolwiek.
Kolejną osobą która nagle pojawiła się w moim życiu był Alan. Jednak nie wierzyłam, że to mógł być on. Znałam go od małego i nie wydawało mi się, by mógł bawić się w coś takiego. Jaki mógłby mieć w tym cel? Żaden.
- Dzięki, że przyjechałeś – odezwałam się cicho.
- Nie ma za co dziękować, wiesz przecież, że zawsze możesz na mnie liczyć? Jane niesamowicie się zmartwiła, jak o tym usłyszała. Będę musiał do niej zadzwonić, żeby ją uspokoić, że już tu jestem i wszystko jest na razie dobrze.
- To idź.
- Dobrze, będę na balkonie jak coś.
Gdy Paul wyszedł postanowiłam pójść do kuchni i dolać sobie złocistego trunku, który nieco przytłumił strach. Moje nerwy latały na cienkiej granicy strachu i niepokoju. Byłam cholernym detektywem i to zazwyczaj mi przypadała rola uspokajania innych, a w tym momencie nie mogłam uspokoić samej siebie. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę czuła się tak... zdezorientowana.
Co najgorsze, jutro był zwyczajny dzień i musiałam doprowadzić się do takiego stanu psychicznego, by móc wysiedzieć w pracy osiem godzin, a potem zobaczyć się z Alanem i udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy będziemy robić coś zupełnie błahego. Zaczęłam się zastanawiać, czy komukolwiek o tym mówić, ale postanowiłam, że na razie tego nie zrobię. Paul był jedyną osobą której ufałam. Wiedziałam, że nie zostawi mnie w potrzebie i byłam stuprocentowo przekonana, że nie był w to zamieszany. Obróciłam się w jego stronę, jak usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi od balkonu i zasuwanej firanki.
- I co u Jane, wszystko w porządku?
- Tak, uspokoiłem ją i powiedziałem jej, żeby szła spać.
- To dobrze – odpowiedziałam pogrążając się znów w zamyśleniu.
- Masz w ogóle pomysł kto to mógł być? – spytał Paul po chwili.
- Nie mam zielonego pojęcia. Jestem zdezorientowana bardziej niż ty i nie mieści mi się nawet w głowie to co się dzieje. Gdybym jakieś miała, to od razu bym ci o tym powiedziała.
- A nie zauważyłaś nic dziwnego?
- Nie... najzwyczajniej wróciłam od was, poszłam się wykąpać, i jak kładłam się spać to poczułam tą cholerną kartkę. Nawet jej nie zauważyłam. Gdybym tylko wiedziała...
- Jutro rano pojadę od razu na komisariat i pójdę do Bruna. Może uda mu się ściągnąć z tego jakieś odciski palców.
- Dziękuje, Paul.
- Nie ma sprawy, przecież nigdy bym cię nie zostawił z czymś takim. – Położyłam głowę na jego ramieniu i westchnęłam. Mieć takiego przyjaciela to zdecydowanie skarb. Paul objął mnie ramieniem i przyciągnął jeszcze mocniej. Niejednokrotnie kiedy przeżywałam wzloty i upadki w swoim życiu, on zawsze był przy mnie i się mną opiekował jak starszy brat, którego nigdy nie miałam. Doceniałam go za to i byłam mu za to niesamowicie wdzięczna.
Pamiętam jak byłam młodsza i brylowałam na komendzie, aż tu nagle pojawił się taki Paul, który wcale nie był ode mnie gorszy. Nie powiem, przez pewien czas aż go nienawidziłam. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nasz szef postanowił zrobić z nas partnerów na jednej z akcji i tak świetnie współpracowaliśmy ze względu na chęć wybicia się, że stwierdził, że byłby głupi, gdyby nie zostawił tego w ten sposób. Od tej pory byliśmy na siebie skazani, dwoje młodych policjantów z aspiracjami na coraz więcej. Na całe szczęście po pewnym czasie się dogadaliśmy i faktycznie zaczęliśmy się przyjaźnić, nie tylko w pracy. To ja byłam pierwszą osobą, której Paul zwierzał się z zamiaru oświadczenia się Jane, to ja jako pierwsza poznałam datę ich ślubu i to ja zawsze przyjmowałam go ze szklanką whisky w ręce o trzeciej w nocy, gdy pokłócił się z Jane i wychodził z domu, żeby „odetchnąć”. Miałam szczęście, że na niego trafiłam w pożerającym ludzi i ich relacje Nowym Jorku.
- Nie powinieneś wracać do domu? Jane pewnie się martwi, że nadal nie wracasz...
- Nie zostawię cię tu samej. Nie ma mowy! Poza tym, jak rozmawiałem z nią przez telefon, powiedziałem jej, że tu zostaję i sama zasugerowała, że to dobry pomysł. Więc nawet nie myśl Shieffield, że tak łatwo się mnie pozbędziesz – uśmiechnął się przebiegle. – Powinnaś się przespać.
- Nie wiem czy dam radę zasnąć... Będę musiała chyba wziąć jakieś środki nasenne.
- Siedź tu, ja ci przyniosę. – Paul zatrzymał mnie gestem ręki i zaniósł do kuchni puste szklanki po alkoholu. Po chwili wrócił z szklanką wody i tabletkami. Pójdę sobie po koc i poduszkę do ciebie. Zaraz wracam.
Łyknęłam tabletki nasenne i przepiłam je wodą. Wstałam z kanapy i zamknęłam okno w salonie, ponieważ zaczęło się robić dosyć chłodno. Wyciągnęłam z szafki foliową torebkę i schowałam do niej rzeczoną kartkę. Jeszcze raz spojrzałam na napis i włożyłam ją Paulowi do torby. Skierowałam się do sypialni i minęłam się z blondynem.
- Schowałam ci kartkę do torby. Jeszcze raz dziękuję i dobranoc – przytuliłam go i poszłam do siebie.

Gdyby nie budzik rozdzierający ciszę, pewnie spałabym w nieskończoność. Wymacałam go na szafce nocnej i przycisnęłam duży guzik, by wyłączyć jego denerwujące wycie. Zakryłam głowę poduszką i westchnęłam. Gdybym nie musiała to nawet bym nie wstawała, ale obowiązki wzywały. Zwlekłam się z łóżka i powędrowałam do kuchni. Paul jeszcze spał, więc postanowiłam zjeść jakieś śniadanie i zrobić mu kanapki i kawę. Nasypałam do miski musli i zalałam je jogurtem, po czym usiadłam przy wyspie kuchennej i zaczęłam jeść. Zrobiłam śniadanie dla Paula, i zostawiłam je mu na stoliku razem z kartką i zapasowymi kluczami do mieszkania.
Przez całą drogę zastanawiałam się nad tajemniczą kartką. Paul miał zanieść ja do technika, ale szczerze wątpiłam w to, że Bruno cokolwiek znajdzie. Jeśli włamywacz był sprytny i szczery w swoich pogróżkach, na pewno nie zostawił żadnych śladów. Nie mogłam uwierzyć że w ogóle to wszystko się dzieje. Co takiego zrobiłam żaby sobie na to zasłużyć? Kim mógł być człowiek próbujący mnie zastraszyć i przede wszystkim, dlaczego to robił?
Gdy dojechałam do budynku w którym znajdowała się kancelaria, było niedługo po dziewiątej. Wysiadłam z samochodu i upewniwszy się, że go zamknęłam, ruszyłam w kierunku wind. Nacisnęłam przycisk przywołujący urządzenie i czekałam aż zjedzie na dół.
- No i znów spotykamy się w garażu – usłyszałam za sobą znany mi z poprzedniego dnia głos. Zacisnęłam szczękę i zastanawiałam się za jakie grzechy mnie to spotyka? Miałam cichą nadzieję, że jeszcze przez jakąś godzinę będę mieć spokój, ale jak widać, jeśli problemy miały się na mnie zacząć nagle zwalać, to wszystkie na raz. Wymusiłam uśmiech i odwróciłam się.
- Widocznie taki mój pech... – westchnęłam. Na moje szczęście, albo też nieszczęście winda zjechała w dół i jej ciężkie metalowe drzwi rozsunęły się przede mną. Weszłam do środka metalowej pułapki, która wywoływała we mnie klaustrofobiczne lęki, a zaraz za mną Adams.
- Na które piętro sobie życzysz? – spytał miłym głosem, który zupełnie nie przypominał palanta z dnia wczorajszego.
- Na trzydzieste szóste. Nie przypominam sobie żebyśmy przechodzili na „Ty” – mruknęłam okazując swoje niezadowolenie.
- Widzisz co za zbieg okoliczności? Pracujemy nawet na tym samym piętrze! – puścił moją uwagę mimo uszu, co mnie podwójnie zirytowało. Wcisnął guzik i drzwi windy zasunęły się przede mną, skazując mnie na jego obecność w tym małym pomieszczeniu przez przynajmniej następną minutę. W tym momencie mogłam tylko błagać, żeby winda nie zatrzymywała się na żadnym piętrze, bo trwałoby to jeszcze dłużej.
Możliwe, że ktoś jednak wysłuchuje moich modlitw, ponieważ dotarliśmy na górę bez zbędnych komentarzy czy rozmów. Jako niesamowity dżentelmen, James przepuścił mnie w przejściu. W oddali zauważyłam Rachel, która widząc mnie momentalnie ruszyła w naszym kierunku.
- Widzę, że już poznałeś swoją nową asystentkę, James – powiedziała podchodząc do nas z uśmiechem na ustach. Chyba nie widziała mojej niezadowolonej miny.
- Nie rozumiem o co chodzi? – spytał zdezorientowany.
- Olivia będzie mnie zastępować w najbliższym czasie. Przyszłam, żeby was ze sobą poznać i wytłumaczyć jej jeszcze kilka rzeczy, ale widzę, że nie będę już potrzebna.
- W takim razie miło mi poznać. James Adams – wystawił rękę w moim kierunku, którą uścisnęłam.
- Olivia Stone.
- Wybacz James, ale muszę ją na chwilę porwać. Babskie sprawy – szepnęła po czym objęła mnie ramieniem, a on skinął głową. Poszłyśmy w przeciwną stronę i stanęłyśmy przy dużym oknie, wychodzącym na piękny widok Nowego Jorku. Gdy upewniła się, że jesteśmy same a James wszedł już do firmy, zaczęła mówić.
- Znalazłam jeszcze to, segregując dokumenty które mam w domu. Mówiłaś, że każda sprawa którą James prowadził z tym sędzią Rogersem może być poszlaką. – podała mi teczkę i uśmiechnęła się. – Wszystko okej? Radzisz sobie jakoś?
- Tak, jest dobrze. Podziwiam cię za to ogarnięcie jeśli chodzi o prowadzenie jego kalendarza. Wczoraj nie było aż tak wielu telefonów, ale musiałam nieźle się nagłowić, żeby to jakoś sensownie ułożyć.
- W takim razie nie przeszkadzam, bo na pewno dużo pracy przed tobą.
- Dzięki za przyniesienie tego. Przejrzę je jak tylko będę miała chwilę – wskazałam na trzymaną w ręce teczkę. Poszłam do biura i usiadłam za swoim biurkiem. Drzwi do gabinetu Adamsa były otwarte a on sam siedział na skórzanej kanapie i przeglądał jakieś dokumenty. Postanowiłam spełnić moje obowiązki więc zapukałam do szklanych drzwi.
- Tak? – brunet nawet się nie odwrócił i dalej był wpatrzony w swoje dokumenty.
- Czy czegoś pan potrzebuje? Coś przynieść?
- Nie pan. Nie lubię jak ktoś mówi tak do mnie w mojej firmie. Tym bardziej najbliżsi współpracownicy – mówiąc to obrócił się w moim kierunku. – I tak. Poproszę kawę. – uśmiechnął się po czym wrócił do swoich obowiązków. Wpatrywałam się w niego, żeby powiedzieć mu, że nie będę mówić do niego po imieniu, ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Poszłam do kuchni i spotkałam tam Ellę.
- O! Olivia, cześć! – uśmiechnęła się przerażająco szeroko.
- Cześć – mruknęłam podchodząc do szafki i wyciągając z niej filiżanki.
- Jak ci minął pierwszy dzień w pracy? – spytała.
- Dobrze... nie narzekam. – Postanowiłam, że spytam się jej kto taki był wczoraj u Collinsa. Ta wczorajsza kłótnia mi się nie podobała. – Ella?
- Tak?
- Wiesz z kim George się wczoraj tak kłócił? – spytałam. – Wczoraj przechodziłam obok jego gabinetu i widziałam, że coś jest nie tak... – wytłumaczyłam od razu skąd wiem o zaistniałej sytuacji.
- Ech... – machnęła ręką. – To tylko jeden z klientów. Wiecznie jest o coś niezadowolony. Tak źle, tak niedobrze... Aż się dziwię, że George ciągle go reprezentuje, ale to nie moja sprawa, więc się nie wtrącam.
- Aha... no cóż... pracując na takim stanowisku w tak wysoko postawionej firmie trzeba mieć stalowe nerwy i cierpliwość do ludzi. Klient wymaga i płaci więc...
- No właśnie. Ja już nawet się nie przejmuje takimi rzeczami. George radzi sobie w takich sytuacjach bez mojej pomocy.
Gdy kawa była gotowa wzięłam do ręki dwie filiżanki i wróciłam na swoje stanowisko gdzie zostawiłam jedną, a drugą wniosłam do gabinetu Jamesa.
- Proszę – mruknęłam podając mu filiżankę z czarną kawą, posłodzoną jedną kostką cukru, jak wcześniej podpowiadała mi Rachel.
- Dziękuję. – Już miałam wychodzić, ale mężczyzna mnie zatrzymał. – Olivio, czy mogłabyś mi pomóc?
- Oczywiście – powiedziałam i usiadłam na drugim fotelu, który wskazał mi Adams. – W czym miałabym ci pomóc? – spytałam.
- Skoro Rachel wybrała cię na swoją zastępczynię, śmiem mniemać że znasz się trochę na prawie, lub chociaż jesteś na tyle sprytna że zdołasz mi pomóc w znalezieniu rozwiązań dla kilku spraw.
- Nie wiem czy moja wiedza jest na tyle wystarczająca, ale zawszę mogę spróbować.
- Dobrze, w takim razie pierwsza sprawa – brunet podał mi teczkę z dokumentami, którą od razu zaczęłam przeglądać.
- Odszkodowanie?
- Tak. Naszą klientką jest aktorka Jessika Brown, która podczas kręcenia filmu akcji złapała sobie nogę i żebro. Firma ubezpieczeniowa nie chce jej wypłacić odszkodowania które jej się należy, ponieważ sądzi że kręciła sceny kaskaderskie na własną odpowiedzialność i umowa tego nie obejmowała. – Brunet wytłumaczył mi pokrótce wszystko co miałam na kartce leżącej na moich kolanach. Napił się kawy i odstawił ją na stolik. – Mmm... taka jaką najbardziej lubię. Skąd wiedziałaś?
- Powiedzmy, że mam dobrą intuicję – odpowiedziałam przeglądając pozew i resztę dokumentów.
- Coś mnie zastanawia...
- Co takiego?
- Jakim cudem mój urok osobisty jeszcze na ciebie nie zadziałał?
- To ty w ogóle posiadasz coś takiego jak urok osobisty? – popatrzyłam na niego z jawnym zdziwieniem. – Wybacz, nie zauważyłam, bo jak na razie potrafisz okazywać tylko swoją stronę palanta – uśmiechnęłam się uroczo i wróciłam do czytania.
Tak minęło kolejne kilka godzin, które spędziłam na wymyślaniu razem z Adamsem argumentów do sprawy o odszkodowanie gwiazdy kina akcji oraz dowodów do zbiorowego pozwu przeciwko dużemu koncernowi farmaceutycznemu, który wypuścił na rynek lek o ubocznych działaniach, po których wiele ludzi trafiło do szpitala. Przyszło do nas kilka osób, które opowiadały nam swoją historię, a my zbieraliśmy dokumentację na kolejną rozprawę. Biegałam kilka razy do archiwum, robiłam kawę, odbierałam telefony, umawiałam spotkania i uważnie słuchałam innych, wtrącając moje sugestie. Nie powiem, sama byłam pozytywnie zaskoczona moim umysłem, który nieźle poradził sobie w wymyślaniu argumentacji i innych potrzebnych pomysłów. W końcu jak to się mówi, co dwie głowy to nie jedna, a na pewno pomogło tu moje inne postrzeganie świata, spoza prawniczych kodeksów.
Po całym tym dniu mogłam powiedzieć jedno. Pracując cały dzień z Adamsem mogłam stwierdzić, że na pewno zależy mu bardzo na ludziach dla których pracuje i zdecydowanie niczego nie robi na „odwal się”. Pomijając jego głupie próby podrywu, na które każda będąc na moim miejscu zapewne ściągnęłaby sobie już majtki przez głowę, był rzetelnym prawnikiem i tego nie mogłam mu odebrać. Jak ma coś robić to angażuje się w to w stu procentach. Nie pasowało mi to do człowieka którym mi się wydawał wcześniej. Nie mogłam oczywiście niczego mówić po jednym dniu spędzonym w jego towarzystwie, ale zdecydowanie coś mi tu nie pasowało. Po co miałby się tak tym przejmować i spędzać tyle czasu na przygotowywaniu linii obrony, skoro równie dobrze mógł przekupić ławę przysięgłych i sędziego? Było go na to stać, po wygranej rozprawie dostałby znacznie więcej a skoro robił to wcześniej, to czemu miałby nie zrobić tego również tym razem? Wydawał się być uczciwy ale na pewno musiałam najpierw się przyjrzeć temu z bliska. Przede wszystkim dotrzeć do sędziego Rogersa.
Będąc w wirze pracy choć na jakiś czas zapomniałam o nieszczęsnym liście. Już usprawiedliwiam Adamsa od wszystkich zarzutów, a może tak naprawdę to on jest włamywaczem, albo zlecił to komuś? Była to jedna z bardziej prawdopodobnych teorii, bo dziwnym dla mnie jest fakt, że w dniu w którym zaczęłam u niego pracować, nagle pojawił się list z pogróżkami. Sama nie wiedziałam co o tym myśleć, ale byłam pewna jednego... w tym momencie po prostu nie chciałam już tego robić. Chciałam uwolnić moją głowę od podejrzeń i teorii, a zastąpić czymkolwiek innym. I spotkanie z Alanem wydawało się być do tego wprost idealne.
Przyszedł po mnie równo o siedemnastej trzydzieści. Nie sądziłam, że jakiś facet kiedykolwiek wykaże się taką punktualnością, ale jak widać Alan za każdym razem potrafił mnie czymś zaskoczyć. Ubrany w jeansy, podkoszulek i koszulę w kratę, którą wprost uwielbiałam u mężczyzn, pojawił się przed moimi drzwiami z uśmiechem na ustach i dwoma kubkami z mrożoną kawą.
- Pomyślałem że napijemy się po drodze i pójdziemy na coś dobrego do jedzenia.
- Dobry pomysł, niczego konkretnego dziś nie jadłam poza śniadaniem. Daj mi tylko chwilę, muszę podsuszyć włosy i znaleźć w tym bałaganie buty. Zaraz wracam. – Porwałam jeszcze kubek z mrożoną kawą i uciekłam do sypialni. Po szybkim ogarnięciu się i znalezieniu w stercie innych butów moje ulubione trampki, założyłam na siebie luźny, wygodny podkoszulek i wyszłam razem z Alanem na miasto. Jego obecność mi bardzo odpowiadała. W przeciwieństwie do większości facetów, których spotykałam, on się nie narzucał i bardzo dobrze mi się z nim rozmawiało.
- To gdzie idziemy?
- Mam ochotę na coś niezdrowego.
- To co? Pizza? Kebab? Hot dog? A może frytki belgijskie i piwo? – zaczął wymieniać.
- Zdecydowanie biorę kebab i piwo. Co ty na to?
- Zdaję się na ciebie. Mi to zupełnie obojętne – uśmiechnął się i objął mnie ramieniem. Szliśmy tak w kierunku plaży, śmiejąc się z opowiadanych sobie nawzajem kompromitujących historii naszego życia oraz dennych żartów. Nie sądziłam, że Alan ma takie poczucie humoru. Usiedliśmy z naszym jedzeniem na promenadzie wiodącej wzdłuż plaży. Siedzieliśmy tam tak długo, że za wysokimi wieżowcami zaczęło powoli chować się słońce. Jego pomarańczowe promienie przechodziły pomiędzy budynkami, tworząc niepowtarzalny widok.
- Piękne... – westchnęłam siadając po turecku i zakładając okulary przeciwsłoneczne, żeby móc bezkarnie wpatrywać się w ten widok. – Chciałabym częściej móc robić tak błahe i zwyczajne rzeczy.
- A co ci w tym przeszkadza? Jak tylko masz ochotę gdzieś się wyrwać, to zawsze służę czasem.
- Teraz nie jest źle, ale zazwyczaj przesiaduje tyle czasu w pracy, że nie mam już go na inne przyjemności... Jakoś nigdy mi to nie przeszkadzało, ale chyba nie zdawałam sobie sprawy, że brakuje mi czegoś tak głupiego jak oglądanie zachodu słońca – zaśmiałam się. – Dziękuję, że mnie tu wyciągnąłeś.
- To dopiero początek. Musimy poczekać do zmroku, czyli jeszcze jakieś... – zerknął na zegarek znajdujący się na nadgarstku. – niecałe pół godziny. Wtedy powinno być idealnie ciemno – powiedział tajemniczo.
- Idealnie ciemno do czego?
- Zobaczysz... – powiedział uśmiechając się intrygująco.
- Ale z ciebie tajemniczy James Bond... zawsze musisz przede mną ukrywać takie rzeczy?
- Wtedy nie byłoby niespodzianki. Nie jest ci zimno?
- Trochę... Ale nie jest źle, po prostu za cienko się ubrałam jak na tą godzinę.
- To chodź tu – mruknął wystawiając rękę. Oparłam głowę na jego torsie, a on objął mnie ramieniem. Wpatrywałam się z zachwytem w niebo, na którym pojawiła się różowa poświata i zaczynały nadchodzić gwiazdy. Pierwszy raz od wielu lat, czułam się naprawdę beztrosko.  I co najlepsze, podobało mi się to. Zamyśliłam się na chwilę zanim Alan nie postanowił przerwać naszej ciszy.
- Amanda?
- Hmm?
- Nie jestem pewien, ale chyba coś ci wibruje w kieszeni. – W ogóle tego nie poczułam, ale od razu oderwałam się od jego ciepłego ciała i sięgnęłam do kieszeni. Na wyświetlaczu pojawiło się „Paul”, ale zignorowałam to. Nie chciałam psuć sobie wieczoru.
Niecałe pół godziny później tak jak obiecał mi Alan, zostawił mnie na chwilę samą i poszedł do jednego ze stoisk nieopodal, przy którym stała spora grupka ludzi. Przyglądałam się jak coś kupuje i płaci, ale nie mogłam nic dostrzec. Nie zostało mi nic innego niż czekać.
Gdy Alan wrócił złapał mnie za talię i pomógł zejść bez szwanku z wysokiego murku, po czym podał mi rękę, do drugiej wziął coś zapakowanego w folii i poszedł w głąb plaży. Zastanawiałam się co się dzieje, ponieważ nie byliśmy jedynymi, ale szybko to zrozumiałam, kiedy Alan odpakował tajemniczy przedmiot i rozłożył. Był to piękny, kolorowy lampion z cienkiego papieru przypominającego bibułkę. Podał mi go i zaczął grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki. Gdy ją znalazł odpalił lampion i po chwili wypuściliśmy go do reszty, która znajdowała się już ponad nami. Gdy popatrzyłam na niebo, usiane było małymi błyszczącymi punkcikami, które wiatr niósł w stronę morza. Uśmiechnęłam się wtulając w Alana i obserwowałam lampiony puszczane przez ludzi, i te wędrujące w ciemną otchłań, która dzięki nim i morzu odbijającemu ich światło, zalśniła magicznym blaskiem.
Poczułam kolejne wibracje telefonu i na ekranie znów pojawił się Paul. Znając go nie od dziś i wiedząc, że jeśli dzwoni więcej niż raz musi to być coś ważnego i nie mogącego czekać.
- Przepraszam, muszę to odebrać. – powiedziałam, po czym odeszłam kawałek i przesunęłam palcem po dotykowym ekranie.
- Tak? – spytałam, kuląc się od chłodnego powietrza dookoła. Na moich rękach pojawiła się gęsia skórka, a ja objęłam się jednym ramieniem.
- Cześć Amanda. Mam dwie wiadomości. Dobrą, i złą.
- Dawaj!
- Sprawa wygląda tak, że poprosiłem Bruna, żeby szybko postarał się zrobić analizę śladów na tej kartce, i nie uwierzysz... Właśnie byłem u niego i dowiedziałem się, że nasz szantażysta jest głupszy niż myśleliśmy. Poza twoimi, są jeszcze jedne odciski palców. – Słysząc słowa Paula, zamurowało mnie. Dosłownie mnie zamurowało. Nagle nie czułam zimna, nie czułam lekkiego powiewu wiatru który mroził moją skórę, tylko pojawiło się coś innego. Coś, co rozpaliło mnie od środka, jak buchający z wielkiego kotła ogień.
- Amanda... Halooo, jesteś tam?
- Tak. – odpowiedziałam po krótkiej chwili. – Do kogo należą odciski?
- I tu jest ta zła wiadomość... – Słuchałam jak Paul tłumaczył mi wszystko czego się dowiedział i kątem oka spojrzałam na Alana. „Cholera jasna...”.
- Dzięki za wszystko, Paul. Odezwę się jutro.




czwartek, 17 września 2015

4

4. Introduction

- Tak właśnie wygląda rozmieszczenie pomieszczeń w naszej firmie. Dzień lub dwa i we wszystkim się połapiesz – podeszłyśmy do biurka Rachel, a ona kontynuowała. – Prezes zazwyczaj pojawia się około godziny dziewiątej, lub dziesiątej. Zawsze musisz być tu przed nim, żeby dopilnować grafików, umawiać spotkania i odbierać telefony. Myślę, że sobie poradzisz. Nie raz może się również zdarzyć, że będziesz musiała gdzieś z nim jechać, załatwić coś za niego lub dowieźć mu dokumenty do sądu. Jesteś jego uszami i oczami w tej firmie.
- Okej. Jest coś jeszcze o czym powinnam wiedzieć?
- W zasadzie to chyba nie. Gdybyś czegoś nie wiedziała to dzwoń od razu do mnie. Domyślam się, że może nie być ci łatwo z wykonywaniem obowiązków w tej firmie oraz robieniem tego, po co tu przyszłaś. – powiedziała nieco ciszej.
Tak. Rachel wiedziała po co tu jestem i była jedną z wtajemniczonych. Cieszyłam się z tego, ponieważ gdyby o niczym nie wiedziała, byłoby mi znacznie ciężej.
- Gdyby okazało się, że nie możesz przyjść, albo musisz być na komendzie daj mi wcześniej znać, to cię zastąpię. Zdaję sobie sprawę z tego, że będziesz miała teraz wiele na głowie. James wie, że muszę na jakiś czas przystopować z pracą, ze względu na zdrowie. Twoi ludzie załatwili mi fałszywe zwolnienie lekarskie. Mówiłam mu, że możliwe, że kilka razy przyjdę jeśli będę potrzebna, ale na ten czas załatwię zastępstwo.
- Dobrze. A tak właściwie to gdzie on jest? – spytałam zdziwiona, że jeszcze go nie ‘poznałam’.
- Wyjechał by negocjować kontrakt dla jednego z ważniejszych klientów kancelarii. Wróci najprawdopodobniej jutro. Myślę, że doskonale wiesz jak wygląda, więc nie zaliczysz żadnej wpadki – blondynka uśmiechnęła się i zaczęła zgarniać swoje rzeczy. – Będę się zbierać. Jakby coś się działo, to jesteśmy w kontakcie Amando. – podała mi rękę, a ja ją uścisnęłam. – Aha! I jeszcze jedno. Czarna z jedną kostką cukru. Bez mleka – mrugnęła i skierowała się w stronę wind, do których prowadził długi hol.
Rozglądnęłam się dookoła, ale moje oczy nie zarejestrowały nikogo w pobliżu. Stwierdziłam, że to dobra chwila by rozejrzeć się po gabinecie Adamsa. Weszłam do środka przez szklane drzwi, zamykając je ostrożnie za sobą. Jeszcze raz obejrzałam się za siebie, przekonując się o tym, że nikt mnie nie widzi i zaczęłam przeglądać wszystkie dokumenty znajdujące się na wierzchu. Nie sądziłam, że uda mi się coś znaleźć i miałam rację. Gdyby miał coś ukrywać, na pewno nie położyłby tego na środku biurka i teoretycznie dostępnego dla wszystkich pomieszczenia.
W jego gabinecie panował totalny ład i porządek. Na środku stało mahoniowe biurko, na którym spostrzegłam ramkę ze zdjęciem. Na zdjęciu znajdował się sam Adams oraz jakaś kobieta. Po prawej stronie ustawione były dwa regały zrobione z identycznego drewna, a po lewej ciemnobrązowa, skórzana kanapa, dwa fotele i szklany stolik. Za kanapami ustawione było coś, przypominające mini barek, na którym stał fikus i wazon z czerwonymi różami.  Jedynym co zwróciło moją uwagę była zamknięta na klucz szafka ukryta pod biurkiem, ale stwierdziłam, że włamywanie się do niej nie będzie najlepszym pomysłem, kiedy w dowolnym momencie ktoś mógłby to zobaczyć. Zajmę się tym kiedy indziej. Czułam się nieco skołowana wiedząc, że z wierzchu wszystko wygląda na uporządkowane. Osoby które miały coś na sumieniu zazwyczaj w pewien sposobów zostawiały za sobą jakieś ślady.
Jakiekolwiek.
Wyciągnęłam z torebki małą pluskwę i założyłam ją w niewidocznym miejscu pod biurkiem. Była to pierwsza i najważniejsza rzecz do zrobienia. Jeśli Adams przeprowadzałby w tej sprawie jakieś rozmowy, wszystko miałabym zarejestrowane na nagraniu i mogłabym zamknąć to w krótkim czasie, mając niepodważalny dowód. Jednak zazwyczaj nie było to takie proste. Jeśli był choć trochę mądry, nie załatwiałby takich spraw w biurze.
Jak tylko wyszłam z gabinetu i usiadłam na krześle za wysokim kontuarem, zobaczyłam na horyzoncie idącą w moim kierunku niską blondynkę. Jej włosy były nieco roztrzepane pod wpływem szybkiego i machinalnego kroku, a ona co chwilę nerwowo je poprawiała. Podeszła i oparła się na rękach, a z jej ust wyleciał szybki potok słów.
- Jejku! Słyszałam, że ktoś ma zastąpić Rachel. Biedaczka, coś ma ze zdrowiem... ale mimo wszystko się cieszę. Dobrze ci z oczu patrzy! – uśmiechnęła się a ja nie wiedząc jak zareagować, tylko się w nią wpatrywałam z wymalowanym pytaniem na twarzy. – Ach, tak! Wybacz moje maniery... Jestem Ella! – wyciągnęła do mnie rękę, najprawdopodobniej stając na palcach.
- Olivia – bąknęłam krótko, przypominając sobie o imieniu wypisanym na fałszywych dokumentach.
- Jestem sekretarką George’a Collinsa, wspólnika James’a – uśmiechnęła się promiennie jakby to było dla niej jakieś wyróżnienie. Nachyliła się do mnie i zaczęła mówić konspiracyjnym szeptem- Jeśli mam być z tobą szczera, to James z Georgem byli kiedyś przyjaciółmi, nawet nie wiesz jak wielkimi! Razem założyli tą kancelarię, chociaż James miał większe udziały. No ale ostatnio nie wiem co się stało, bo są pomiędzy nimi jakieś spięcia i ciągle się kłócą... Jak stare małżeństwo – zachichotała. – Tylko pamiętaj! Ja coś, to nie wiesz tego ode mnie! – Odsunęła się i uniosła ręce do góry w geście obronnym.
- Dobrze... – nie dała mi nawet dokończyć i wcięła mi się w zdanie.
- Miło było cię poznać, ale muszę już wracać do swoich spraw. - Uśmiechnęła się jeszcze raz i odeszła tym swoim szybkim, niedbałym krokiem, jakby nagle przypomniała sobie o czymś ważnym. Nie wiedziałam jak zareagować, więc po prostu siedziałam osłupiała patrząc w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała. Cóż... nie sprawiała wrażenia osoby z wysokim ilorazem inteligencji, ale na pierwszy rzut oka było widać, że jest niesamowitą plotkarą i wie bardzo dużo o tym co w trawie piszczy. Czasem po prostu wystarczy kilka sekund i wiesz z kim masz do czynienia. Takie... mocne pierwsze wrażenie. Na pewno kiedyś to jej plotkarstwo jeszcze mi się przyda, choć nie wątpiłam, że wytrzymać z nią może być ciężko.
Wstałam i poszłam do aneksu kuchennego który wcześniej pokazała mi Rachel. Zrobiłam sobie dużą kawę i wypiłam prawie połowę uzależniającego napoju na miejscu. Och... tego potrzebowałam! Gdy szłam spowrotem pod biuro Adamsa zatrzymałam się na sekundę widząc za szklaną ścianką od jednego z biur dwóch ostro kłócących się mężczyzn. Jeden z nich zauważył mnie i momentalnie podszedł zaciągając rolety. Zastanawiałam się kim mogli być mężczyźni ale gdy zobaczyłam idącą do biurka znajdującego się przed gabinetem Ellę, zorientowałam się, że jednym z nich musiał być Collins. Ruszyłam dalej przed siebie i usiadłam na wygodnym, obrotowym fotelu. Wyciągnęłam telefon i odczytałam wiadomości, które musiały przyjść po tym jak wyciszyłam urządzenie dwie godziny temu. Jedna z nich od Paula: "Jane prosi mnie, żebym przypomniał ci o tej książce, którą miałaś jej pożyczyć. No i przy okazji zaprasza na kawę ;)"
Druga reklama od operatora którą od razu wykasowałam, nie chcąc zaśmiecać skrzynki. Odłożyłam telefon i postanowiłam zalogować się na komputerze Rachel i przeszukać najpierw go. Może będzie tam coś co dziewczyna przypadkowo pominęła? Wpisałam hasło które wcześniej podała mi blondynka i zalogowałam się do systemu. Zaczęłam przeglądać katalogi zapisane na dysku. Na pierwszy ogień poszedł ten pod tytułem: "Aktualne sprawy kancelarii". Jak na razie mieli dziewięć spraw w toku. Szukałam tej prowadzonej przez Adamsa, żeby przyjrzeć się jej dokładnie i sprawdzić czy nie ma tam żadnych niepokojących rzeczy, ale wszystko wyglądało jak powinno. Podpisana umowa z firmą KovaCars, wszelkie dokumenty i papiery sądowe. Klikałam na kolejne pliki i czytałam uważnie ich treść, ale wszystko się zgadzało. Nie miałam punktu zaczepienia. Jedyną rubryką na którą mogłam jeszcze zwrócić uwagę, to sędzia który prowadził proces, ale nigdzie nie znalazłam interesującego mnie nazwiska. Musiałabym poczekać na nową sprawę, lub przyglądnąć się starszym, ale na to nie miałam aż tak dużej ilości czasu. 
Wszystko rozchodziło się nie tylko o szantaż i przekupienie połowy ławy przysięgłych, ale przede wszystkim o sędziego Rogersa. Wszyscy wiedzieli, że jest kłamliwą i przekupną szują, ale nikt nie był w stanie mu tego udowodnić. Nawet podczas procesu kłamał pod przysięgą, dlatego nie mieli jak go zawiesić. Było pewne, że to on jest przekupywanym przez Jamesa sędzią w innych sprawach. Musiałam tylko to udowodnić. Gdyby udało się dotrzeć do niego i sprytnie go podejść, mogłabym spokojnie wkopać Adamsa. Jedyne co musiałam zrobić, to wymyślić przebiegły plan i dojść jakoś do Rogersa. 

Nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiło się ciemno. Popatrzyłam na zegarek i zorientowałam się, że jest po ósmej. Zamknęłam pośpiesznie komputer i wzięłam wszystkie moje rzeczy. Napisałam do Paula, że będę przed dziewiątą, czyli zostało mi... niecałe pół godziny. Na całe szczęście będąc mądrzejsza, wzięłam ze sobą luźniejsze ubrania i nie musiałam wracać się do domu. Wystarczyło dojść do samochodu, przebrać się, a potem jechać do Paula, co w najlepszym wypadku zajmie mi niecałe dwadzieścia minut, czyli wyrobię się wprost idealnie. Przeszłam przez opustoszałe już biuro. Jedynie przy kilku biurkach paliło się nadal światło, co mnie wcale jakoś nie zdziwiło. Zeszłam do garażu podziemnego i otwarłam drzwi mojego mercedesa. Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie było. Byłam zupełnie sama. Wyciągnęłam torbę sportową do której upchałam jeansy, biały podkoszulek i buty sportowe. Odetchnęłam z ulgą na myśl o wygodnym ubraniu, po kilkugodzinnym siedzeniu w sukience i chodzeniu w butach na obcasie. Stanęłam przy otwartych drzwiach, żeby móc jakoś rozpiąć zamek sukienki i sięgnęłam do tyłu, nieudolnie starając się go rozpiąć. Na szczęście byłam dosyć rozciągnięta i jeszcze chwila a... Usłyszałam chrząknięcie i momentalnie podskoczyłam.
- Może ci z tym pomóc? - spytał niewątpliwie męski głos. Odwróciłam się jak poparzona i zobaczyłam przed sobą nikogo innego jak sławetnego Jamesa Adamsa. "Boże dopomóż... za jakie grzechy?" jęknęłam w myślach i przybrałam najbardziej pewną siebie pozę na którą było mnie stać w tym momencie. Stał przede mną z tym dziwnym uśmieszkiem na ustach, który pewnie niejedną dziewczynę w firmie przyprawiał o palpitacje serca. Aż za dobrze znałam ten typ facetów. Tu się uśmiechnąć, tu skomplementować a potem szybki seks w składziku na miotły i arrivederci!
- Nie dzięki, poradzę sobie z tym jakoś sama - odpowiedziałam. Zlustrowałam go od góry do dołu. Był ubrany w ciemny garnitur z wyższej półki, a w ręce trzymał teczkę na dokumenty. Co on tak właściwie robił tu o tej porze? Przecież miał wrócić dopiero jutro... Przynajmniej tak sądziła Rachel. 
- Dla mnie to żaden problem, a dla ciebie zapewne kolejne kilka minut wyginania się w celu dosięgnięcia do zamka od sukienki - powiedział widocznie rozbawiony. 
- Nie odpuścisz, prawda? - westchnęłam.
- Nie, jeśli widzę damę w potrzebie - jego uśmiech się powiększył i zrobił krok do przodu z miną pytającą o pozwolenie. 
- Dżentelmen... - prychnęłam pod nosem sarkastycznie, nie wiedząc czy mój towarzysz to usłyszał czy nie. Zresztą, nie obchodziło mnie to. Odwróciłam się i odgarnęłam włosy z pleców.
- Tak właściwie to czemu przebierasz się w garażu podziemnym? – spytał. – Nie lepiej iść do jakiejś łazienki w biurowcu?
- Widzisz, jestem na wysokich obcasach i po całym dniu pracy. Wiem, że pewnie tego nie rozumiesz, bo nigdy nie miałeś takiego cuda na nodze, ale uwierz mi na słowo... cały dzień w takich butach, to po prostu nie może być wygodne – uśmiechnęłam się sarkastycznie, powstrzymując się od przewrócenia oczami. – Poza tym, nie sądziłam, że o tej porze ktoś tu będzie się szwendał i robił za marnego podglądacza.
- A ja nie wiedziałem, że odbywają się tu takie spektakle – prawie słyszałam w jego głosie nutę rozbawienia.
- Widzisz... tyle w życiu cię omija...
Usłyszałam charakterystyczny odgłos rozpinanego zamka i przez moment poczułam na kręgosłupie jego zimną dłoń, co spowodowało niechciany i nieprzyjemny dreszcz, który mną wzdrygnął. 
- Dziękuję - mruknęłam i odwróciłam się z powrotem w jego stronę. 
- Jeśli jeszcze kiedyś się spotkamy, jestem zawsze gotowy i chętny do pomocy – puścił mi oczko, na co miałam mu od razu odpowiedzieć, że zobaczymy się szybciej niż sądzi, bo jestem jego nową sekretarką, lecz na całe szczęście zrezygnowałam z tego pomysłu szybciej niż wpadł mi do głowy. On mnie nie znał i ja też teoretycznie nie powinnam, więc byłoby to dziwne i podejrzane, gdybym przyznała mu się, że jest moim nowym "szefem".
- Jeśli pozwolisz, to chciałabym się przebrać - posłałam mu wymowne spojrzenie, ale on dalej drążył.
- Pracujesz w tym budynku?
- Odkrywczy jesteś! Może dać ci za to nagrodę?
- Numer by wystarczył - uśmiechnął się przebiegle a mnie wryło. "Teraz to chyba sobie kpisz..."
- Na mój numer trzeba sobie zasłużyć.
- Sugerujesz, że jeszcze będę miał do tego okazję?
- Kto wie... zobaczymy co przyniesie czas i okoliczności - uśmiechnęłam się przebiegle. Z chwili na chwilę czuję jeszcze większą satysfakcję, myśląc o tym, jak za niedługo cię wkopię... Usłyszałam odbijający się echem od ścian garażu, dzwonek telefonu. Adams wyciągnął urządzenie z kieszeni i przyłożył do ucha.
- Tak? ... Mhm, już idę... - przewrócił oczami. Przez moment wydawał się być naprawdę poirytowany - No przecież mówię! Zaraz tam będę. - rozłączył się i włożył telefon z powrotem do kieszeni spodni. - Obowiązki wzywają. Miło było cię... poznać?
- Tak... idź już lepiej. Jeszcze przez te nieudolne próby zaimponowania mi swoim ciętym językiem, twoi współpracownicy się na ciebie nie doczekają.
- Jeszcze się okaże, czy tak nieudolne. 
- Marzysz chyba. Nie masz nawet pewności, że kiedykolwiek się jeszcze spotkamy.
- Nie wierzę w przypadki - mrugnął i poszedł w kierunku windy wyprowadzającej z garażu. - Do następnego! - krzyknął przez ramię.
- A niech cię... - powiedziałam pod nosem, ale stwierdziłam, że nie skończę. Przecież co mnie obchodzi taki dupek? Wróciłam do czynności, która skutecznie została mi przerwana. 
Przebrana już w wygodne dresy, usiadłam za kółkiem i odpaliłam silnik samochodu. Spojrzałam na zegarek i westchnęłam... Przez niego się spóźnię. Miejmy nadzieję, że Paul się nie wkurzy, jeśli przyjadę nieco później.

Wjechałam na podjazd i wyciągnęłam z tylnego siedzenia zapakowane w ozdobny papier pudełko. Zapukałam do drzwi i po chwili zobaczyłam w nich Paula z Krissy na ramionach.
- Cześć ciociu! - wykrzyczała mała. - Mamo, ciocia Amanda przyszła!
- Cześć maluchu! - uśmiechnęłam się szczerze.
- Popatrz ciociu, tatuś jest moim konikiem! Wio koniku! - zaczęła powtarzać szamotając się na jego barkach, a Paul zaprosił mnie gestem ręki do środka po czym pobiegł podskakując przez przedpokój, zrobił kółko w salonie dookoła foteli i kanapy, po czym wrócił. 
- Już wiem czemu masz taką dobrą kondycję - zaśmiałam się, podczas gdy on ściągał Krissy z ramion. 
- Czasem ta mała małpka nie daje mi odetchnąć - westchnął, co momentalnie spotkało się z dezaprobatą małej. 
- Tato! Ja nie jestem małpką, tylko dżokejem! Takim co lubi koniki!
- Dobrze dżokeju, zaraz trzeba iść do łóżka.
- Nieee... przecież ciocia dopiero przyszła. Ja chce do cioci! - objęła moją nogę i zrobiła naburmuszoną minę. 
- A co powiesz przylepo na to? - wyciągnęłam zza siebie duże zapakowane dekoracyjnym papierem pudełko. Jak Krissy je zobaczyła od razu jej oczy się zaświeciły jak małe iskierki.
- O jejku! Prezent! Dla mnie? - pokiwałam głową i podałam jej pakunek.
- Co się mówi skarbie? - odezwał się Paul.
- Dziękuję ciociu! - krzyknęła uradowana i wystawiła rączki. Kucnęłam przy niej i dziewczynka mocno się we mnie wtuliła i pocałowała mnie w policzek.
- Nie ma za co, kochanie. Mam nadzieję, że będzie ci się podobał - uśmiechnęłam się i popatrzyłam jak Krissy bierze pudełko niewiele mniejsze od niej i niesie do kuchni, gdzie najprawdopodobniej urzędowała Jane. 
- Wchodź. Napijesz się czegoś? Kawy? - spytał Paul.
- Czytasz mi w myślach... - uśmiechnęłam się i poszłam za Krissy w kierunku kuchni.
- Po prostu dobrze cię znam - parsknął. - Gdybyś miała do wyboru jakiś napój z niesamowitymi odmładzającymi właściwościami i kawę, wybrałabyś to drugie.
- Po co mi napój odmładzający, skoro jestem młoda i piękna? - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu, co spotkało się z jego śmiechem. 
- Do czasu, Shieffield... do czasu.
- Amanda! Jak dobrze cię widzieć! - Jane podeszła do mnie i mnie przytuliła. Jej brzuszek ciążowy był coraz większy i gdyby nie to, że widziałam ją już w tym stanie, bałabym się, że mogłaby zaraz pęknąć przy swojej szczupłej sylwetce. - Właśnie robiłam kolację dla Paula. Może też się skusisz? - spytała.
- Nie dziękuję. Jadłam w przerwie od pracy i nie jestem głodna. Za to dobrą kawą bym nie pogardziła.
- Już się robi! - poinformował nas Paul stojąc przy ekspresie do kawy. - Opowiadaj lepiej jak w pracy.
- Jak w pracy? Hmm... a jak ma być? Nijak. Poznałam dziś mojego szefa - powiedziałam kładąc sarkastyczny nacisk na słowo "szefa".
- I jaki jest? - spytała Jane. 
- James Adams? Na razie krążą mi po głowie trzy słowa które go idealnie określają: Pewny siebie dupek. - powiedziałam ciszej, żeby Krissy siedząca w salonie obok tego nie słyszała. 
- Woah... widzę, że będziesz miała jedną z ciekawszych spraw. Czym sobie zasłużył na takie określenie? - spytał rozbawiony Paul.
- Tym... Po prostu tym, że jest. I tyle. Kropka. - Przecież nie opowiem im o niewątpliwie ciekawych okolicznościach spotkania Adamsa. Paul wypominałby mi to chyba do końca moich dni i jeszcze dłużej. 
- Proszę, twoja kawa - blondyn podał mi kubek z gorącym i cudownie pachnącym napojem. Od razu upiłam łyk napoju bogów.
- Dzięki. Jak zawsze genialna. 
- Wiem, bo ja robiłem - wyszczerzył się.
- Już się tak nie chwal, baristo od siedmiu boleści! - prychnęłam. 
- Ma się te talenty - Paul przewrócił oczami. - Tak nawiasem mówiąc, to chyba będę miał do ciebie interes. 
- Jaki? - spytałam zaciekawiona upijając kolejny łyk. 
- Eddie z tych wszystkich nerwów się rozchorował a ja nie mam partnera, gdyby doszło do jakiejś akcji w terenie. A nie chwaląc się, jestem coraz bliżej rozwikłania tej sprawy, więc możliwe, że do czegoś takiego dojdzie. Nie pójdę sam jeśli będę musiał. A poza tym, moim skromnym zdaniem i nie wychwalając za bardzo ciebie, tworzymy najlepszą parę, jeśli chodzi o takie bzdury, więc...
- Ej, kolego, nie zapędzaj się z tą najlepszą parą. Twoja żona stoi obok - zaśmiałam się, a Jane mi zawtórowała. 
- Moja żona wie o naszym pracowym romansie, nie martw się - Paul objął mnie ramieniem i zrobił głupią minę.
- Uff... ulżyło mi, bo już myślałam, że będę się zaraz musiała tłumaczyć – zrobiłam młynka oczami.
- To jak Shieffield? Wchodzisz w to?
- W akcję? Jasne! Przyda mi się, skoro w najbliższym czasie będę siedzieć za biurkiem i udawać sekretarkę.
- No to świetnie! Jak tylko będę miał więcej informacji, dam od razu ci znać. 

Wróciłam do mieszkania przed północą. Ściągnęłam z siebie ubrania i weszłam do wanny z gorącą wodą. Odprężyłam się po długim dniu pracy i obowiązków i przymknęłam na chwilę oczy, rozmyślając o wszystkim i o niczym. Nagle przypomniałam sobie o tym, że miałam pisać do Alana. W końcu obiecałam sobie, że to zrobię, a do tego zakład sam się nie wygra. Gdy wyszłam i owinęłam się ręcznikiem, napisałam i wysłałam sms'a, żeby go nie obudzić telefonem w środku nocy.
"Jak będziesz miał chwilę to zadzwoń. Jeśli masz ochotę, możemy jutro wyskoczyć na jakąś kawę lub cokolwiek."
Byłam nieco zaskoczona kiedy niecałe dwie minuty później mój telefon się rozdzwonił. Odebrałam i usłyszałam w słuchawce głos Alana.
- Nie sądziłem, że tak szybko zadzwonisz.
- Ja również... - przyznałam.
- Jak samopoczucie po wczorajszym wieczorze?
- Nie będę narzekać. Tabletki zdecydowanie pomogły - zaśmiałam się. - Dzięki za odwiezienie mnie do domu. 
- Nie ma sprawy. Więc jak? Kawa? - spytał.
- Bardzo chętnie. Możesz przyjść po mnie jutro koło... siedemnastej? 
- O siedemnastej kończę zajęcia teatralne. Będę siedemnasta trzydzieści. 
- Dobrze, w takim razie do zobaczenia! - uśmiechnęłam się, choć wiedziałam, że Alan tego nie zobaczy.
- Dobranoc Amando.
- Dobranoc.  
Odłożyłam telefon na stolik i udałam się do pokoju po coś wygodnego do spania. Założyłam pidżamę składającą się z krótkich spodenek i podkoszulka na ramiączkach. Weszłam do sypialni i przetarłam oczy ręką. Dawno nie odczuwałam takiego zmęczenia. Dosłownie oczy mi się kleiły i same zamykały, prosząc o odrobinę snu. Doszłam do łóżka po ciemku, znając drogę na pamięć. Ułożyłam się na poduszce, ale coś się nie zgadzało. Zamiast miękkiej faktury pościeli, poczułam coś innego. Papier.
Szybko podniosłam się i zapaliłam lampkę stojącą na szafce nocnej. Zajęło mi kilka dobrych sekund przyzwyczajenie oczu do nagłego blasku żarówki. Chwyciłam skrawek papieru i w momencie w którym przeczytałam wydrukowany napis, serce stanęło mi w klatce piersiowej. 
"Nie ciesz się na zapas, bo zamienię Twoje życie w piekło."



niedziela, 16 sierpnia 2015

3

3. The curtain goes up

Po powrocie do domu pierwszą rzeczą którą zrobiłam było wypicie kawy, wzięcie szybkiego prysznica i spakowanie torby sportowej, która zawsze towarzyszyła mi na siłowni. Umówiłam się z Paulem po południu na trening. On chciał standardowo wyrwać się z domu, ponieważ Jane zaprosiła swoje koleżanki i stwierdził, że nie da rady dłużej wysłuchiwać tych babskich rozmów, a ja stwierdziłam, że po tygodniu nicnierobienia przyda mi się porządny wycisk.
Przebrałam się w czarne szorty i top do biegania, a na nogi założyłam buty sportowe. Wyciągnęłam z szafki w przebieralni butelkę z niegazowaną wodą i zamknęłam ją na kluczyk, sprawdzając przy okazji, czy znów się nie zacięła. Wybiegłam z podziemi budynku gdzie znajdowały się przebieralnie i prysznice, po schodach prowadzących na piętro i zaczęłam szukać wzrokiem blondyna. Tak się złożyło, że postanowiłam najpierw zerknąć w strefie bieżni i trafiłam w dziesiątkę. Paul rozgrzewał się na jednej z maszyn i chodził miarowym tempem po taśmie, ustawiając parametry na dużym pulpicie. Podeszłam tam i po przywitaniu się z nim, weszłam od razu na bieżnię obok, włączając ją i naśladując partnera.
- Jak tam minął tydzień słodkiego lenistwa u rodziców? – spytał od razu, widocznie zadowolony.
- Jak zwykle. Nie obyło się bez ględzenia o rodzinie.
- Czyli norma. My pojechaliśmy na spontaniczny weekend do SPA. Obiecałem już wcześniej Jane, że się tam wybierzemy i powiem ci, że nie żałuję, bo czuję się jak młody bóg! Też powinnaś sobie sprawić taki prezent.
- Andrews’a musiałby chyba piorun trzasnąć, gdyby dał nam wolne w ciągu następnych miesięcy... I tak już zaszalał z tym tygodniem, więc SPA musi poczekać... – burknęłam.
- No tak, w zasadzie to masz rację. Aczkolwiek jak uda ci się ogarnąć tą sprawę z firmą Adams’a, to może zrobi wyjątek. Znając ciebie to minie tydzień i będzie zamknięta. Może w ramach awansu poprosisz go o kolejne wolne?
- To byłby patent. A w ogóle jak tam z twoją sprawą? Co ci dał tym razem?
- Przydzielił mnie do morderstwa sprzed dwóch tygodni z którą babra się Eddie. Biedaczyna sobie nie radzi i muszę mu pomóc... – Paul przewrócił oczami i podkręcił tempo do dziesięciu kilometrów na godzinę, zaczynając biec.
- Ej! Nie bądź taki! Ty też kiedyś zaczynałeś i wcale nie szło ci tak dobrze od samego początku! – zganiłam go. – Młody jest, jeszcze się nauczy.
- No tak, przepraszam... Zaczęło mi dopiero wychodzić jak dostałem tak świetną partnerkę – odgryzł się, uśmiechając wrednie.
- Czy to nie oczywiste? Myślałam, że nie muszę tego wspominać... – teraz to ja przewróciłam teatralnie oczami. – Ma się ten talent. – westchnęłam.
- Jaka skromna – parsknął. – Może w końcu zaczniesz biegać, księżniczko.
- Księżniczki nie biegają. Księżniczki pląsają – powiedziałam poważnym głosem, na co po chwili oboje parsknęliśmy śmiechem zwracając na siebie uwagę biegającego niedaleko mężczyzny. Przycisnęłam guzik podkręcający tempo mojej bieżni i skupiłam się na utrzymaniu równego oddechu i wyrobieniu mojej normy kilometrów.
- Tak nawiasem mówiąc, chyba nie uwierzysz... – powiedziałam po jakimś czasie kiedy zeszliśmy z bieżni i skierowaliśmy się w stronę sali z ciężarkami. – Zgadnij kto idzie dziś wieczorem na „spotkanie po latach”, czytaj: na randkę...
- Oświeć mnie księżniczko.
- Moja matka uparła się i chce mnie zeswatać ze starym znajomym z czasów szkolnych. Nalegała, więc się zgodziłam, ale szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia, co z tego wyjdzie... Pamiętam go jako małego, cichego i skrytego chłopaczka, który nigdy zbytnio się nie udzielał.
- Już to widzę, Shieffield – parsknął. – Ty i randki... Prędzej chyba nastąpi apokalipsa, niż ty się ustatkujesz kobieto! – Paul był widocznie rozbawiony całą sytuacją. – Mógłbym się założyć, że skończy się na jednym spotkaniu, po którym wyjdziesz z takim niesmakiem, albo zawodem, że znajdę cię znów wyżywającą się na strzelnicy, jak po tym ostatnim
- Uważaj, bo jeszcze się z tobą założę. Nie moja wina, że tamten gość był totalnym dupkiem. Spójrzmy prawdzie w oczy... A tak notabene to moglibyśmy pójść na strzelnicę. Dawno nie ćwiczyłam.
- Okej, o co się zakładasz? – Evans wydawał się być wyjątkowo przekonany co do swoich racji.
- Tak bardzo chcesz przegrać? Okej... co powiesz na sto dolców?
- Umowa stoi – Paul podał mi rękę, żeby przypieczętować nasz zakład, a ja „przecięłam” to drugą ręką.
- W takim razie przygotuj się, bo zamierzam wygrać – uśmiechnęłam się szyderczo. – I żeby nie było! Tu chodzi tylko o dwie randki. Nic więcej. – Blondyn potwierdził moje słowa kiwnięciem głowy i usiadł na jednej z maszyn. – Czujesz ten zapach? – spytałam przymykając oczy i biorąc dużo powietrza do płuc.
- Nie... Jaki?
- To zapach mojego zbliżającego się wielkimi krokami zwycięstwa!
- Jesteś niemożliwa... – Paul parsknął śmiechem i pokręcił niedowierzając głową.
- Niemożliwa to moje drugie imię – zaśmiałam się.

Czy wspominałam już, że moja „randka” była z góry ustawiona przez moją mamę, która zadbała o każdy szczegół? Byłam umówiona z Alanem, po spektaklu w którym grał. Wieczorem ubrałam się w coś bardziej oficjalnego, pomalowałam się i wyszłam z mieszkania, kierując się spacerem w stronę teatru. Stwierdziłam, ze skoro mam mieć o czym z nim rozmawiać i spędzić z nim wieczór, to wybiorę się na przedstawienie i zobaczę jak gra. Zawsze jest to lepszy temat niż ględzenie o pogodzie, jak zazwyczaj robią to ludzie. Biorąc pod uwagę to, jakim go pamiętam, z jednej strony dziwiłam się że był aktorem, bo za młodu wyglądał dość przeciętnie. Jednak patrząc na to z drugiej, zawsze lubił występować we wszystkich możliwych szkolnych przedstawieniach i raczej wychodziło mu to dobrze. Nie miałam jakiś większych oczekiwań po tym spotkaniu, poza tym, żeby wygrać zakład z Paulem, choć nie powiem bardzo mnie to ciekawiło. W zasadzie cała ta sytuacja była szalona. Moja mama bardzo dobrze znała jego i utrzymywały kontakt odkąd zaczęliśmy chodzić do szkoły, a one odkryły, że są niedalekimi sąsiadkami. Mogłabym się założyć, że obie maczały w tym palce. Faktycznie Alan kiedyś we mnie się podkochiwał i doskonale o tym wiedziałam, ale mnie nigdy do niego nie ciągnęło. (Poza jednym małym incydentem, którego lepiej nie wspominać.) On był tym cichym i skrytym chłopcem, bawiącym się w kącie, podczas gdy ja musiałam zawsze znajdować się w centrum wszystkiego, byłam głośna, pyskata i lubiana. Kto by pomyślał, że spotkamy się po tylu latach?
Usiadłam w piątym rzędzie z kolei, w którym znajdywało się moje miejsce. Przyglądałam się ludziom i chciało mi się śmiać, jak zauważyłam starszą kobietę, która z wściekłością wymalowaną na twarzy, potrząsała mężem, któremu przysnęło się na siedząco. Para staruszków siedziała w pierwszym rzędzie. Nagle światła zgasły i wszystkie szepty ucichły. Zaczął się spektakl, który ku mojemu zdziwieniu momentalnie mnie wciągnął i zachwycił. Hamlet w nieco nowocześniejszej wersji. Próbowałam wypatrzyć Alana, lecz z marnym skutkiem. Dopiero po chwili zaczęłam przyglądać się aktorom,  zauważyłam go i cóż... słamałabym mówiąc, że nie opadła mi w tym momencie szczęka. Dobrze, że chłopak tego nie widział, bo chyba bym się spaliła ze wstydu. Wyglądał naprawdę nieźle! Myślę, że gdybym minęła go na ulicy, to w ogóle bym go nie poznała... Wpatrywałam się w niego jak głupia przez całe przedstawienie i nie mogłam uwierzyć, że tak się zmienił i wyrobił. Ta randka w zasadzie mogła być dość udana... Jeśli nie miałabym o czym z nim rozmawiać, to zawsze będę miała się na co popatrzeć.
Sala po przedstawieniu opustoszała i jedynym źródłem światła były lekko świecące lampy, przy balkonach, na których siedzieli niektórzy widzowie. Nie ruszałam się ze swojego miejsca, tylko siedziałam odchylona do tyłu i podziwiałam wystrój całego teatru od wewnątrz. Bardzo podobały mi się zdobienia na suficie i ogromny kryształowy żyrandol po środku, który pięknie odbijał delikatne światło. Usłyszałam dwóch mężczyzn, którzy znajdowali się coraz bliżej mnie, sądząc po głośności ich rozmowy. Zerknęłam na scenę, zza której wyłonił się Alan z bliżej nieznanym mi mężczyzną i widziałam jak pożegnał się z nim i zmierzał w moim kierunku. Wstałam i wyszłam z rzędu w którym siedziałam. Brunet podszedł do mnie z uśmiechem wymalowanym na twarzy.
- Cześć Amanda, miło cię widzieć – przywitał się.
- Ciebie również. – odwzajemniłam uśmiech i dodałam – Muszę ci powiedzieć, że nie jestem jakąś wielką znawczynią teatru, ale bardzo podobał mi się spektakl – stwierdziłam, że najlepiej będzie zacząć tę rozmowę od jakiś zwyczajnych i luźnych uwag.
- W takim razie mogę tylko się cieszyć z tego powodu. To jak? Idziemy? – wystawił rękę i uśmiechnął się. "Dżentelmen" w mojej głowie momentalnie pojawiło się to słowo.
- Jasne! – wzięłam go pod łokieć i ruszyłam razem z nim w kierunku wyjścia.
Na zewnątrz było całkiem ciemno. Bezchmurne, granatowe niebo, obleczone w liczne gwiazdy i duży księżyc, tworzyło bezcenną i niepowtarzalną atmosferę. Kochałam noc... Była jedyna w swoim rodzaju i zawsze wszystko wydawało się po prostu łatwiejsze.
- Pytam z ciekawości, jeśli nie chcesz to nie odpowiadaj. - ostrzegłam od razu. - Jakim cudem nagle chciałeś spotkać się po tylu latach?
- W zasadzie, to nie był mój pomysł. Nigdy nie sądziłem, że jeszcze kiedyś się spotkamy, dopóki nie przyjechałem do rodziców i moja mama nie oznajmiła mi wszem i wobec, że znalazła mi randkę. Jeśli mam być szczery, to w ogóle nie miałem zamiaru iść, dopóki nie dowiedziałem się, że to ty nią jesteś. Pomyślałem, że miło byłoby się spotkać po tylu latach i że z tobą nie będzie to nic zobowiązującego... ja starzy znajomi. - dodał szybko. - Podsumowując, wszystko to, to sprawka mojej mamy. – Alan się zaśmiał a ja mu zawtórowałam.
- Czyli oboje zostaliśmy wplątani w ich intrygę. Już mamy ze sobą coś wspólnego... dwie nadopiekuńcze rodzicielki, które nie mogą istnieć, bez majstrowania w naszym życiu.
- Nie tylko. Jeszcze nieudane życie miłosne i brak czasu na jakiekolwiek. Moja mama opowiadała mi o twojej pracy i o tym, że nie masz czasu na życie prywatne. Pocieszę cię, bo u mnie jest zupełnie tak samo. Praca i ciągłe wyjazdy nie pozwalają mi na długotrwały związek. Ostatni skończył się wielkim fiaskiem i po tym postanowiłem zrobić sobie przerwę.
- Przykro mi, słyszałam o tym... Taka jest prawda, że nasze matki wiedzą o nas więcej niż my o sobie. Muszę chyba zafundować mojej jakąś wycieczkę za granicę, żeby się czymś zajęła, bo zaczyna mnie to przerażać.
- Dobry pomysł! Powiedz gdzie wysyłasz swoją, to ja moją wyślę na drugi koniec świata, żeby nie miały jak plotkować – Alan zaśmiał się dźwięcznie i uśmiechnął.
- Jedno jest pewne... Chyba musimy się napić za nasze nieudane życie miłosne, co o tym sądzisz?
- Jestem jak najbardziej za! Ale najpierw mamy kilka przystanków do zwiedzenia.  
- Więc co proponujesz na ten wieczór? – spytałam zaintrygowana.
- Niespodzianka!
- No proszę cię, zdradź choć trochę więcej... – powiedziałam tak proszącym głosem, że chyba każdy by uległ.
- Pokaże ci co tracisz skupiając całe swoje życie na pracy. Chodź! – złapał mnie za rękę i przyspieszył kroku, co mnie nieco zdziwiło, ale pozwoliłam mu na ten gest. Nie czułam się jakkolwiek skrępowana w jego obecności. Brunet niespodziewanie skręcił w boczną uliczkę i podszedł do dużych drzwi, najprawdopodobniej jakiegoś zaplecza. Popatrzyłam na niego całkowicie zdezorientowana a on tylko uśmiechnął się i zastukał w charakterystyczny sposób w drzwi, by po chwili usłyszeć odgłos odkręcanego zamka i zobaczyć w nich potężnego mężczyznę. Nie powiem, w sekundzie kiedy go zobaczyłam nieco się wystraszyłam. Moim naturalnym odruchem obronnym było cofnięcie się o krok do tyłu, co spotkało się z cichym śmiechem. Czy to było aż tak śmieszne? W końcu patrząc na to z mojej strony, nie znałam zbyt dobrze Alana. To co było kilkanaście lat temu, ma się nijak do teraźniejszości, (przykładowo jego powalający wygląd), a tu nagle znajduję się z nim w jakiejś ślepej uliczce, pod podejrzanie wyglądającymi drzwiami i przede mną staje człowiek na miarę sumo... Nie mielibyście samych czarnych myśli w takim momencie? Bo ja was mogę zapewnić, że po mojej głowie nie latały teraz same tęczowe jednorożce, na obłokach w kształcie serc...
- Nie bój się Amadna, to tylko Barry – Alan ścisnął mocniej moją rękę, co mimo wszystko dodało mi trochę otuchy. "Boże, zachowuje się jak jakaś przerażona nastolatka..."
- Witaj Barry, kimkolwiek jesteś – wymusiłam krótkotrwały uśmiech, przeznaczony dla mężczyzny.
- Barry jest kimś w stylu właściciela i ochroniarza za razem... Takie dwa w jednym. – wytłumaczył mi mój towarzysz, choć nadal nie dało mi to ani cienia podejrzenia na to, gdzie się teraz znajdowaliśmy, ani co to było za miejsce.
- Jasne... – mruknęłam, a Alan wskazał ręką kierunek, przepuszczając mnie tym samym w drzwiach. „Dżentelmen jak nic...” usłyszałam w głowie głos podświadomości i uśmiechnęłam się pod nosem. W sumie, to dobrze, że są jeszcze prawdziwi faceci na tym świecie i nie trafiłam przypadkiem na jakiegoś totalnego palanta. Ludzie czasami potrafią w ciągu kilku lat zmienić się diametralnie, niekoniecznie na lepsze. Przeszłam obok Barry’ego i weszłam do długiego korytarza, który kończył się na oko kilka metrów dalej skrętem w prawo. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi i obróciłam się w tamtym kierunku. Zobaczyłam Alana, który doszedł do mnie i wystawił rękę, którą jeszcze przed chwilą trzymałam. Chwyciłam ją bez wahania i ruszyłam z nim długim korytarzem. Po kilku zakrętach, doszliśmy do dużej sali, której widok zaparł mi dech w piersi.
- Wow... – wykrztusiłam z siebie, rozglądając się dookoła. Prawie każda ściana, filar i skrawek tego miejsca był pomalowany. I nie chodziło tu o jednokolorową farbę, którą malarz rozprowadził po wyszpachlowanej ścianie. Chodziło raczej o odrębne malowidła z różnych epok i kierunków artystycznych. Obróciłam się dookoła własnej osi. W promieniu mojego wzroku w zasadzie wszystko było pomalowane- nawet sufit. Gdy wystarczająco się napatrzyłam, spojrzałam na mojego towarzysza, który uznał to za aprobatę do dalszego zwiedzania. Znów pociągnął mnie za rękę i poprowadził w głąb lokalu. W następnej sali, która łączyła się z pierwszą krótszym, ale równie wymalowanym korytarzykiem, spostrzegłam ludzi, którzy zajmowali się szkicowaniem lub niektórzy już malowaniem gotowych wzorów. Wszystko było zachwycające, ale nadal nie wiedziałam, gdzie się znajduję...
- Gdzie jesteśmy? – zwróciłam się do Alana, który stał obok i patrzył z satysfakcją na moją reakcję.
- Moja droga – odchrząknął, jakby miał zaraz wygłosić poważne przemówienie. – Jesteś świadkiem powstawania jedynego w swoim rodzaju lokalu, którego przewodnim tematem są młodzi zdolni. Barry postanowił dać im szansę i tak oto cały wystrój należy do ich weny, nastroju i ręki. – Brunet zaśmiał się i kontynuował. – Pokrótce, te dzieciaki tworzą wygląd ścian, młodzi designerzy zaprezentują swoje zdolności i artyzm w reszcie wystroju, stworzą jedyne i niepowtarzalne meble a cała knajpa będzie odzwierciedleniem ich talentu. Musisz przyznać, że jak na razie idzie im świetnie. – Alan spojrzał na mnie a ja przytaknęłam.
- A co będzie dalej? – spytałam szczerze zaciekawiona, mając nadzieję, że mężczyzna zna odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.
- Dalej, według pierwszego i najważniejszego źródła, czyli Barry’ego, odbywać się tu będą wystąpienia talentów aktorskich i muzycznych. Młodzi pisarze będą mogli zostawić swoje dzieła na półkach w sali, którą przed chwilą zwiedziliśmy i która będzie nieco cichszą czytelnią. Kto wie, może pojawi się kiedyś ktoś ważny, kto po przeczytaniu ich książki zaproponuje im chęś współpracy? Zobaczymy co przyniesie czas. – Alan uśmiechnął się. – Będą odbywać się tu wieczorki muzyczne i inne takie...
- Szczerze? Z ogromną chęcią przyjdę tu kiedyś zobaczyć efekt końcowy. Zaciekawiłeś mnie tym przedsięwzięciem.
- W takim razie bardzo się cieszę! A teraz chodź, czeka nas jeszcze kilka punktów wycieczki.


Obudziłam się z dużym bólem głowy. Pierwszym co zrobiłam, było wstanie i ruszenie w kierunku kuchni. Na środku stołu leżała butelka wody i karteczka. Przyssałam się do plastikowej butelki i wypiłam połowę jej zawartości w tak krótkim tempie, że sama się zdziwiłam. Postanowiłam usiąść, ponieważ z moją koordynacją ruchów nie było najlepiej i wzięłam do ręki małą żółtą karteczkę, odklejoną z pliku leżącego przy telefonie.
„Pomyślałem, że to Ci się najbardziej przyda z rana. Bawiłem się świetnie tego wieczoru i mam nadzieję na szybką powtórkę. Do usłyszenia! A.” – już miałam ją odłożyć kiedy zobaczyłam małą strzałeczkę u  dołu karteczki, ewidentnie wskazującą na jej drugą stronę. Odwróciłam ją i zobaczyłam starannie zapisany i pogrubiony czarnym długopisem numer telefonu. Uśmiechnęłam się z satysfakcją. Nieważne co przyniesie czas, ale wygraną mam już w zasięgu ręki. A nóż nie skończy się na dwóch spotkaniach? Jak to się mówi, "wilk syty i owca cała". Wygrałabym zakład, moja mama w końcu byłaby usatysfakcjonowana a ja? Sama nie wiem co to oznacza dla mnie, ale czułam, że będzie to coś dobrego.
Spojrzałam na duży zegar ścienny wiszący nad wejściem do kuchni. Na to wyglądało, że miałam jeszcze dwie godziny na doprowadzenie się do stanu używalności. O dziewiątej byłam umówiona z sekretarką Adams’a, która miała mnie wprowadzić. Postanowiłam ulżyć sobie i wyciągnęłam z szafki aspirynę. Popiłam tabletkę i zaczęłam masować skronie, które niemiłosiernie pulsowały. Wczorajszy wieczór trwał zdecydowanie za długo... W sumie nie trudno było się domyślić, że pójście do baru na drinka wcale nie skończy się na jednym. Mogłam jedynie dziękować w myślach Bogu, za to, że obdarował Alana mocną głową, bo ja powrót do domu pamiętam jak przez mgłę. Nawet nie wiem jakim cudem znalazłam się w mieszkaniu i dotarłam do łóżka, ponieważ moja pamięć sięga jedynie do wsiadania do taksówki. Co się działo potem? W zasadzie nie wiem.
Weszłam pod prysznic mając nadzieję, że zimna woda w tym wypadku pomoże, i miałam rację. Dzięki niej i wcześniej wziętym tabletkom, czułam się po chwili jak nowonarodzona. Podeszłam do szafy stojącej obok wejścia do mojej sypialni i zaczęłam szukać w niej czegoś odpowiedniego. Miałam kilka dobrych sukienek, ale jeśli miałabym zostać w tej firmie nieco dłużej, zdecydowanie będę musiała wybrać się na zakupy. Po wybraniu dopasowanej, granatowej sukienki za kolano, wróciłam do łazienki i zajęłam się robieniem fryzury i makijażu. Będąc dobrze zarabiającą osobą oraz kobietą za razem, w mojej szafie nie brakowało ładnych i drogich butów na obcasie, na tak zwaną „specjalną okazję”. Dawno nie chodziłam w żadnych, bo nie miałam na to okazji, ale postanowiłam rzucić się na głęboką wodę i ubrałam moje ulubione, wysokie, czarne buty. Postanowiłam, że dodanie sobie kilku centymetrów przy moim raczej średnim wzroście nie zaszkodzi. Podeszłam do lustra znajdującego się na drzwiach szafy i przeglądnęłam się w całej okazałości. Nie byłam przyzwyczajona do takiego ubrania, więc dla siebie wyglądałam dziwnie, aczkolwiek udało mi się idealnie zatuszować skutki poprzedniej nocy, znajdujące się na mojej twarzy. Czułam się jakbym szła na rozmowę kwalifikacyjną, co było podwójnie głupie. Do czarnej torby wrzuciłam klucze do domu, telefon komórkowy oraz kilka potrzebnych rzeczy. Wyszłam z domu zamykając za sobą drzwi i upewniwszy się, że mam jeszcze trochę czas w zanadrzu, pojechałam na komendę po kilka potrzebnych dokumentów, które miał mi załatwić Andrews.
Oczywiście moja wizyta na komendzie nie obyła się bez kilku głupich komentarzy Paula, który na moje nieszczęście zajmował się dziś papierkową robotą. Najlepszy z nich był o tym, że to musiał być wpływ wczorajszej randki. Nieźle się uśmiałam! Jak spytał kiedy ślub, miałam ochotę mu przywalić w ten pusty łeb, kilkoma kartotekami leżącymi na jego biurku. Boże, za jakie grzechy musiałam dzielić biuro z takim głupkiem?!
- Zabrałbyś się za robotę, a nie nabijał z mojego wyglądu, Evans.
- Po prostu nigdy nie sądziłem, że zobaczę cię w takim „wydaniu”.
- Bo to wydanie jest tylko dla nielicznych – parsknęłam. – Zacznij może wpatrywać się w ekran komputera, a nie w mój tyłek – dodałam wychodząc z naszego biura. Paul zasalutował i znów się zaśmiał.
- Tak jest szefowo! – Przewróciłam oczami i skierowałam się do drzwi wyjściowych. Nie obyło się oczywiście bez kilku komentarzy i kilkunastu par oczu śledzących moje ruchy. Normalnie jakbym stała się jedyną atrakcją w tym pomieszczeniu! Boże dopomóż! Nawet Jory, który zawsze wydawał mi się być gejem, należał do sporej grupy widzów. Cóż... pozory czasem mylą nawet najlepszych.

Pod ogromnym wieżowcem w którym znajdowała się firma prawnicza Adams’a, byłam dziesięć minut przed czasem. Weszłam do budynku i przedstawiłam się portierowi.
- Olivia Stone. Przyszłam do pani Rachel Barnes.
- Tak, pani Barnes mi wspominała. Mogę prosić o dowód tożsamości?
- Oczywiście – wyciągnęłam z torebki podrobiony papier, który dostałam od Andrews'a i podałam mężczyźnie. Przyglądnął się mu, potem mnie i z uśmiechem go oddał.
- Wszystko jest wporządku. Proszę tym korytarzem do końca. Po prawej są windy. Piętro 36. – dodał nie przestając się uśmiechać. Był trochę przerażający, ale wydawał się być sympatyczny.
- Dziękuję. – chwyciłam torbę i poszłam we wskazanym przez mężczyznę kierunku. Wyjechałam na piętro trzydzieste szóste i wyszłam z windy. Znalazłam się w dużym, przestronnym pomieszczeniu. Czymś podobnym do sekretariatu całego piętra. Ponownie się przedstawiłam i zostałam skierowana przez rosłą kobietę do gabinetu na końcu holu. Oznajmiła mi, że nie trudno będzie go przeoczyć, ponieważ jest zdecydowanie największy na tym piętrze. I tutaj się nie myliła. Gabinet Adamsa wywarł na mnie spore wrażenie. Cały oszklony jak więszkosć pomieszczeń, gustownie urządzony i przestrzenny jak chyba wszystko w tym budynku. Przed nim stało duże, zabudowane biurko, za którym siedziała postawna blondynka. Gdy podeszłam, momentalnie wstała i przedstawiła się.
- Witaj, ty pewnie jesteś Olivia – kiwnęłam głową i podałam jej rękę. – Jestem Rachel.
- Miło mi cię poznać – bąknęłam. Kobieta była wprost idealna- jak z okładki jakiegoś czasopisma o modzie. Nie dziwię się, czemu akurat ona była sekretarką Adams’a... Jeśli jest choć w połowie tak mądra jak ładna, to zagadka rozwiązana. Chyba każdy facet chciałby mieć taką asystentkę. Nawet ja gdybym była facetem, chciałabym taką mieć.
Spojrzałam za szklane drzwi z naklejonym na środku nazwiskiem prezesa firmy, ale nikogo tam nie było. Jedynie pusty czarny fotel, za ogromnym mahoniowym biurkiem.
- Może najpierw oprowadzę cię po całym piętrze, a potem wytłumaczę ci na czym będą polegać twoje obowiązki. – Rachel zwróciła się do mnie, na co ja przytaknęłam i ruszyłam za nią.



wtorek, 21 lipca 2015

2

2. Promotion

Totalnie wykończona siedziałam w biurze szefa i czekałam na niego z Paulem. Przyssałam się do kubka z świeżo zaparzoną kawą i próbowałam nie usnąć, ponieważ ta noc dała mi się nieźle we znaki. Paul nie wyglądał lepiej, oparty na dłoni siedział z przymkniętymi oczami i bawił się ołówkiem, obracając go pomiędzy palcami. Podziwiałam jego spokój. Trzymał nerwy na wodzy i jeszcze ani razu tej nocy nie widziałam go wystraszonego. Zastanawiałam się co musiało się dziać w jego głowie, gdy ten psychopata w niego mierzył, skoro nawet ja się bałam. Na całe szczęście Stevense już nam nie zagrażał i siedział zamknięty w celi. Gdyby nie to, że byłam aż tak zmęczona, to zaraz wyszłabym chyba na środek komendy i zaczęła tańczyć ze szczęścia! Zaczęłam wyobrażać sobie to w głowie, ale moje dziwne myśli przerwał szef, który wszedł w końcu do swojego biura i zatrzasnął za sobą drzwi, skupiając naszą całą uwagę na swojej osobie.
- Świetna robota! Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo szczęśliwy jestem, że ten koszmar się nareszcie zakończył. – Andrews klasnął w dłonie. – Jestem z was dumny!
- Dziękujemy szefie. – odpowiedziałam, wstając i krzyżując ręce na piersi oparłam się o biurko. – Kazałeś nam czekać bo miałeś dla nas coś ważnego...
- Tak. Mam dla was nowe sprawy. Shieffield – Andrews wyciągnął rękę z kartoteką, po którą od razu sięgnęłam i otwarłam, przeglądając zawarte w niej papiery. – Sprawa sprzed kilku dni. Czekałem na zakończenie tej ze Stevense’m, ponieważ wiedziałem, że nie uda ci się ogarnąć wszystkiego na raz. Dotyczy firmy prawniczej Adams’a. Cóż, skłamałbym mówiąc, że to nie jest duża sprawa... Adams został posądzony o szantaż i przekupywanie ławy przysięgłych i inne machloje, więc musisz wybadać teren. Załatwiłem już wszystko i będziesz zatrudniona tam na ten okres czasu jako jego sekretarka. Zresztą, nie będę już cię dłużej zatrzymywał. Wszystko masz opisane w aktach a jakbyś miała jakieś pytania to dzwoń, albo przychodź. Macie z Evansem po tygodniu wolnego, a potem proszę mi tu wrócić wypoczęci i pełni zapału, bo czeka nas dużo pracy. Oh! Jakbym zapomniał, jeszcze jedno! Jeśli ci się uda zostaniesz awansowana. – powiedział a ja momentalnie podniosłam wzrok, żeby zobaczyć czy przypadkiem sobie nie żartuje, bo totalnie mnie wcięło. Jego twarz wydawała się absolutnie poważna kiedy to mówił. - Dobrze Amanda, możesz już iść, ty Paul zostań jeszcze trochę to wytłumaczę ci twoje zadanie.
- Dziękuję szefie. – burknęłam nie wiedząc co powiedzieć i wyszłam. Osłupiała zmierzałam do wyjścia z komendy wysłuchując po drodze kilku gratulacji za udaną akcję, po czym opuściłam budynek, wsiadłam do mercedesa i pojechałam w kierunku domu. Mogłam się spodziewać po nim wszystkiego, ale nigdy nie pomyślałabym, że chce mi zaproponować awans. Teraz tylko wystarczy wygrać tą cholerną sprawę.

To chyba nie było dziwne, że obudziłam się po godzinie jedenastej skoro dotarłam do domu przed szóstą nad ranem. Usiadłam na skraju łóżka i przeciągnęłam się porządnie. Nareszcie miałam choć trochę wolnego i mogłam pojechać do rodziców. Mama truła mi dupę chyba od miesiąca, że tak długo mnie nie było i że zapraszają, a ja przez cały ten czas byłam zbyt zajęta rozwiązywaniem spraw na komendzie i nie mogłam wybrać się do nich chociaż na jeden dzień. Nie mówiąc już o tym, że nie miałam wolnego dłuższego niż dwa dni na poratowanie zdrowia od jakiś czterech miesięcy. Chyba należał mi się ten tydzień.
Po szybkim prysznicu i przebraniu się w obcisłe jeansy i podkoszulek z nazwą rockowego zespołu, wyciągnęłam z szafy torbę i zaczęłam wrzucać do niej ubrania. Zrobiłam sobie duże śniadanie i największy kubek kawy, jaki miałam w zaopatrzeniu mojego aneksu kuchennego. Gdy skończyłam, podeszłam do stolika i chwyciłam leżącą na nim kartotekę, ponownie ją przeglądając.
James Adams. Oto i on. Popatrzyłam na zdjęcie przyczepione u góry dokumentów. Około trzydziestoletni mężczyzna, brunet o poważnym spojrzeniu i mocno zarysowanej szczęce. Z wyglądu nadawał się na prawnika. Wydawał się być precyzyjny, zdecydowany i nie dawający za wygraną - nigdy.
Cóż... okaże się gdy go poznam. Moja mama zawsze powtarzała: Nie oceniaj książek po okładce, i tak też postanowiłam zrobić teraz. Nie będę wysnuwać żadnych bezpodstawnych wniosków, dopóki go nie poznam. W końcu jestem cenionym detektywem i nie płacą mi za wymyślanie teorii spiskowych na podstawie zdjęć. Gdybym mogła tak robić, zapewne połowa podejrzanie wyglądających typków miałaby niezłe problemy.
Koło południa wyszłam z domu i ruszyłam w kierunku domku moich rodziców, znajdującego się godzinę drogi za miastem. Mama ostatnimi czasy narzekała, że nie widziała mnie od kilku miesięcy i bezskutecznie próbowała mnie ściągnąć do małego miasteczka, w którym się wychowałam. Prawda była taka. Po pierwsze, zdecydowanie nie miałam na to wystarczająco dużo czasu biorąc pod uwagę moją pracę, a po drugie, wiedziałam, że jak tam pojadę to znów zaczną mnie zasypywać ze wszystkich stron pytaniami o to, kiedy w końcu się ustatkuję i założę rodzinę. Moja mama uwielbiała straszyć mnie tekstami typu „Amanda, to twój ostatni dzwonek, a potem będziesz żałować, że mnie nie posłuchałaś...”. Cóż, te słowa może nie należały do tych z gatunku pocieszających, lecz na razie się nimi nie przejmowałam. Ostatni mój związek zakończył się totalną klapą, ponieważ mój ówczesny chłopak stwierdził, że nie mam dla niego czasu i przedkładam pracę, ponad nasz prawie dwuletni związek. Jak teraz o tym myślę, to chce mi się śmiać, bo biedaczyna trafił akurat na sprawę którą zajmowaliśmy się z Paulem miesiącami. Coś podobnego do tej Stevense’a. Po krótkim czasie, kiedy myślałam, że mi go brakuje, nie wylawszy po nim ani jednej łzy, stwierdziłam, że nie nadaję się do związków. Są tylko przeszkodą w spełnianiu się w zawodzie. Drugą rzeczą, której byłam pewna po tym rozstaniu, było to, że tak naprawdę nigdy go nie kochałam. Albo może nie tak, jak powinnam. Pomyślicie: suka bez uczuć, ale mnie takie stwierdzenia nie przeszkadzają. Przynajmniej potrafiłam się przed sobą i innymi przyznać do tego, że związek z Carlem był fikcją, wykreowaną przeze mnie samą, po to, by stwarzać pozory, odczepić od siebie na pewien moment ludzi, którzy ciągle wytykali mi, że nie mam życia prywatnego i żeby urozmaicić mój czas wolny. Skłamałabym mówiąc, że nie lubiłam z nim przebywać, chodzić czasem do kina, na spacer, czy spędzać długie i upojne noce w łóżku . Wszystko to sprawiało mi jakąś tam przyjemność, dopóki nie zrozumiałam, że Carl jest tylko moją kulą u nogi i postanowiłam z nim zerwać. Chyba musicie przyznać, że ten związek nie miał szans na happy end. Nie tylko po tym związku, ale też po wcześniejszych i mniej znaczących, stwierdziłam, że to nie jest dla mnie, o ile nie znajdę kogoś, kto będzie miał do mnie cierpliwość i przede wszystkim, zrozumie to, że praca niekiedy bywa nieco ważniejsza od niego. W końcu działam dla dobra ogółu...
Wjechałam na podjazd przed dużym domem. Moją uwagę momentalnie przykuły wiklinowe kosze pełne kwiatów. Moja mama była miłośniczką kolorowego ogrodu, więc po wystroju z zewnątrz, można było tylko się domyślać, jak piękny był ogród znajdujący się za domem. Było południe i słońce niemiłosiernie grzało, więc postanowiłam wjechać do o wiele chłodniejszego garażu i zostawić tam auto. Wyciągnęłam ze schowka kluczyki i automatycznego pilota do bramy garażowej, lecz nic nie zadziałało. Spróbowałam jeszcze raz i kolejny, ale nadal nic. Wysiadłam z samochodu, wściekła na wynalazki techniki, które oczywiście nie mogły się zepsuć kiedy indziej i biorąc rzeczy z auta, zamknęłam je i poszłam do domu. Gdy mama tylko usłyszała jak zamykam drzwi, jej drobna sylwetka wyłoniła się z kuchni, by sprawdzić kto nawiedza ją o tej porze. Patrząc na nią można było powiedzieć, że wzrost odziedziczyłam stuprocentowo po ojcu, lecz rysy twarzy i oczy – po niej. Przed przyjazdem zdecydowałam, że nie powiadomię ich wcześniej i postanowiłam im zrobić niespodziankę, ponieważ wiedziałam, że jak dam znać mojej rodzicielce o tym, że przyjeżdżam, zacznie robić góry jedzenia, przygotowywać wszystko i się męczyć, żeby niczego mi nie zabrakło, a to było zupełnie zbędne.
- Amanda, co ty tu robisz? – zdzwiwona kobieta przyszła do mnie i przytuliła mnie ostrożnie, żeby nie wybrudzić mnie mąką znajdującą się na jej rękach. Zaśmiałam się sarkastycznie i pokiwałam głową z niedowierzaniem.
- Ja ci tu robię niespodziankę, przyjeżdżam niespodziewanie, a ty zamiast się przywitać i cieszyć, że w końcu znalazłam dla was czas, jeszcze narzekasz. – Uśmiechnęłam się a ona momentalnie to odwzajemniła.
- Chyba jednak coś w głębi przeczuwałam, bo właśnie jestem w trakcie robienia twojej ulubionej szarlotki – kobieta odsunęła się i poszła w kierunku kuchni, zapraszając mnie do siebie. Rzuciłam torbę w przedpokoju i ściągnęłam buty, po czym do niej dołączyłam. Usiadłam na wysokim stołku i zaczęłam przyglądać się, jak zagniata ciasto.
- Opowiadaj co u ciebie! Tak dawno cię nie widziałam, że jeszcze trochę i zapomniałabym zupełnie jak wyglądasz.
- U mnie po staremu, praca, praca i praca...
- A kiedy znajdziesz czas dla rodziny? – spytała przerywając mi i patrząc jednoznacznie, na co przewróciłam oczami.
- Mamo, wiesz, że nie miałam czasu... Przyjechałam przy pierwszej możliwej okazji i... oto jestem! – uśmiechnęłam się, żeby załagodzić całą sytuację spowodowaną albo natłokiem obowiązków, albo czystym lenistwem, no bo w końcu komu chciałoby się przejeżdżać taki kawał drogi, poświęcając na to swój odpoczynek?
- Amando, wiesz, że nie o to mi chodzi... – „No i się zaczyna...” przemknęło mi przez myśl. -Wiem, że zaraz znów zaczniesz przewracać oczami, bo cię znam, ale muszę to powiedzieć skarbie. Nie uważasz że to najwyższy czas na to, żeby praca zeszła na drugi plan i żebyś znalazła sobie kogoś? Nie mówię o tym, żeby od razu za niego wychodzić, ale to chyba odpowiedni moment na to, by chociaż zacząć o tym myśleć, prawda? – Tak... mama znała mnie znakomicie. Moją odpowiedzią na jej pytanie było przewrócenie oczami. Miałam nieco dość tego, że każdy zwracał mi na to uwagę, a moje reakcje były niezależne ode mnie. Najpierw coś robiłam, potem myślałam. Rodzicielka widząc moją jednoznaczną odpowiedź, dodała. – Proszę, obiecaj mi, że chociaż spróbujesz.
- Mamooo... – jęknęłam i westchnęłam, układając sobie w głowie to co chcę powiedzieć. – Nie mam czasu na takie rzeczy. Mąż, dzieci, dom z ogródkiem i psem... to nie dla mnie. Nie nadaję się do związków, które trwają dłużej niż jedna niezobowiązująca noc – wytłumaczyłam, co spotkało się z nieco oburzonym wzrokiem starszej kobiety. – Wybacz mi, ale taka jest prawda. Nie jest mi pisane romantyczne życie, bycie przykładną matką i gospodynią. Nie twierdzę, że jest w tym coś złego, ale ja po prostu nie mam na to czasu. Już dawno temu wybrałam pracę i niech tak zostanie. Może kiedyś, kiedy będę na emeryturze, znajdę sobie osobę do towarzystwa na stare lata, ale na razie mam tylko jeden cel.
- Córcia, proszę cię... Zrób to dla mnie. Chcę dożyć chwili, kiedy będę mogła wziąć na ręce mojego wnuka.
- Ooo nie! Żadnych dzieci mamo!
- Amanda! Chcesz zostać sama na stare lata? Bez nikogo, kto będzie się mógł tobą opiekować? Chcesz być do końca życia nieszczęśliwa?
- Mogę byś szczęśliwa i bez tego!
- Ugh... – po raz pierwszy widziałam chyba, żeby była aż tak zirytowana moją odpowiedzią. Nie odzywałam się już, bo wiedziałam, że to nie ma sensu. Nie chciałam jej zasmucać, kochałam ją i ojca nad życie, ale nie mogą decydować za mnie o MOIM życiu. – Dobrze... – odezwała się nagle. – Zrób dla mnie choć jedną rzecz. Pamiętasz Alana? Tego wysokiego bruneta, który pracuje w teatrze w Nowym Jorku?
- Taak... pamiętam. I co z nim? – spytałam podejrzewając, że znów ubzdurała sobie jakieś swatanie.
- Wiem, że kiedyś jak jeszcze tu oboje mieszkaliście, kochał się w tobie na zabój. – Uśmiech mamy się poszerzył, a ja chciałam się zapaść pod ziemię. – Przypomnij się mu i umówcie się gdzieś. Nie chcę sugerować czegoś więcej, ale pójdź przynajmniej się z nim gdzieś rozerwać... na tyle „zabawy” chyba zasługujesz? Słyszałam że jakiś czas temu zerwał z dziewczyną, ale to dobry chłopak Amando. Czy możesz dla mnie zrobić choć tyle? – w mojej głowie wszystkie głosy krzyczały i huczały głośnym „NIE!” ale patrząc na skruszoną tą całą rozmową mamę, nie mogłam jej odmówić. Przynajmniej nie teraz... Zawsze przecież mogę się przejść, a potem przestać się odzywać, prawda? Pomimo rozumu który protestował, z oporami, ale zgodziłam się na jej propozycję. Kiedy nareszcie nasze tematy zeszły na mniej poważne dla niej, a mniej wkurzające i irytujące dla mnie, do kuchni przyszedł tata, robiąc co najmniej tak duże oczy, jak mama, gdy mnie zobaczyła.
- Amy! Skąd ty się tu wzięłaś, kochanie? – spytał po czym podszedł do mnie, a ja rzuciłam się mu w ramiona. Od małego mój tata tak na mnie wołał... Kiedyś stwierdził, że traci tylko czas na wypowiadanie mojego imienia i że jest tak oficjalne, że absolutnie nie pasuje do jego małej córeczki. Cóż... od tego czasu ja urosłam, wydoroślałam, a jemu tak zostało.
- Wy z mamą chyba umawiacie się co do tych tekstów... Tacy sami. – Uśmiechnęłam się i ucałowałam go w policzek.
- Może i się umawiamy, ale widzę, że ty po trzydziestu latach życia nadal się nie nauczyłaś, że po domu i zimnych podłogach chodzi się w pantoflach – powiedział tata, patrząc na moje bose stopy i kręcąc głową z dezaprobatą.
- No błagam cię tato... to jeszcze miało sens, jak straszyłeś mnie tym, że mogę się przeziębić, ale odkąd mieszkam sama, hartuje moje stopy i niegroźna mi żadna choroba!
- Taaak... kiedyś jeszcze sama będziesz zwracać na to uwagę swoim dzieciom...
- Nawet to?! Czy wy naprawdę nie możecie zacząć rozmowy ze swoją córką, która właśnie przyjechała po długiej nieobecności od słów innych niż „Co ty tu robisz?”, „dzieci”, „mąż”, i „ślub”?  - westchnęłam, po czym wróciłam na moje poprzednie miejsce na wysokim stołku, usytuowanym obok blatu kuchennego. Tata popatrzył tylko znacząco na mamę i już się nie odezwał. Chwilami naprawdę żałowałam tego, że tu przyjechałam, zamiast wybrać się gdzieś na spontaniczny wyjazd za granicę, czy coś...
- Tak w ogóle, to czemu mój pilot do garażu nie chce działać, brama wam się zepsuła?
- Nie... hmm, powiedzmy, że musieliśmy ją wymienić. - Tym razem to mama spojrzała na ojca i widziałam po jej spojrzeniu, że coś przede mną ukrywają.
- Mamo! Co się dzieje? – spytałam zdenerwowana, wiedząc, że coś jest na rzeczy.
- Jejku... mieliśmy jakieś włamanie przez garaż jak pojechaliśmy do teatru dwa tygodnie temu i musieliśmy wymienić bramę, bo była rozwalona i pogięta w jednym miejscu. – powiedziała, jakby nic złego się nie stało i była to rzecz jak zwyczajna... na porządku dziennym.
- I czemu mi o tym nie mówiliście? Czemu nie zadzwoniliście?! – powiedziałam zdenerwowana, zastanawiając się, co by się mogło stać, gdyby złodzieje zastali ich w domu.
- Nie chcieliśmy cię denerwować... byłaś zajęta pracą.
- Mamo! Czy ty nie rozumiesz tego, że jesteście dla mnie sto razy ważniejsi niż praca i że przyjechałabym tu od razu? Jeśli coś takiego będzie miało miejsce, macie do mnie momentalnie dzwonić, zrozumiano? – Mama pokiwała głową. – To dobrze. – Trochę zeszło ze mnie pierwsze zdenerwowanie, ale nadal nie mogłam uwierzyć, jak rodzice mogli zataić przede mną coś takiego. – Zadzwoniliście chociaż na policję i złapali ich?
- Tak, złapali ich na gorącym uczynku, jak robili to samo kilka domów dalej. Dwaj nastoletni chłopcy, którym się nudzi i tyle.
-Tyle dobrze...- westchnęłam. – To co z tą szarlotką? Pomóc ci w czymś? – zwróciłam się do mamy.
- Tak, jeśli chcesz, to możesz obrać mi jeszcze ze trzy jabłka, bo będę miała chyba ich za mało. – Wyciągnęłam z patery na owoce kilka jabłek i zabrałam się do roboty. Przyjemnie było się oderwać na jakiś czas od codzienności w Nowym Jorku.

Cieszyłam się tym spokojem i ciszą przez niecały tydzień. Nikt do mnie niepotrzebnie nie wydzwaniał, nie byłam nagle wzywana do pracy ani nie musiałam zrywać się w środku nocy aby pojawić się na miejscu zbrodni. Czy właśnie tak wyglądałoby moje życie, gdybym zrezygnowała z pracy na komisariacie na rzecz rodziny? W końcu pewnie by mi się znudziło i znów potrzebowałabym czegoś, co sprawi, że w moich żyłach zagotuje się od nadmiaru emocji i adrenaliny. Byłam człowiekiem zazwyczaj nie mogącym usiedzieć w miejscu, aczkolwiek znalazłam bardzo dużo przyjemności w nicnierobieniu podczas pobytu u rodziców.
W przedostatni dzień, ze względu na piękną pogodę postanowiliśmy zapalić ognisko. Gdy na zewnątrz powoli robiło się ciemno i chłodno, ubrałam na siebie bluzę i poszłam pomóc układać stertę patyków i belek do podpalenia.  Niosłam naręcze drewna i wrzuciłam je do palącego się ogniska. Przystanęłam na chwilę i widziałam jak ogień trawi drzazga po drzazdze grubą belkę. Niesamowite jest, jak żywioły potrafią być piękne i niszczące za razem. Zamyśliłam się chwilę, dopóki obok mnie nie pojawił się tata.
- Co taka zamyślona? – spytał cicho.
- Nic, rozmyślam o życiu, o pracy... – uśmiechnęłam się delikatnie.
- Skarbie, przyjechałaś tu odpocząć od pracy, a nie żeby o niej myśleć. – odpowiedział mi troskliwie.
- Tato, czy mogę się o coś spytać?
- Jasne! Coś się stało?
- Czy ty masz takie samo zdanie jak mama? O tym, że powinnam w końcu się ustatkować? – spytałam spoglądając na jego twarz oświetloną mocnym światłem płomieni.
- Myślę, że sama będziesz wiedziała, kiedy nadejdzie ta odpowiednia pora. Oczywiście o wiele łatwiej jest, gdy masz z kim podzielić się swoimi smutkami, sukcesami i zwykłymi myślami. Kiedy jest ktoś, kto wspiera cię bez względu na to co zrobiłaś czy powiedziałaś. Łatwiej jest z kimś, kto po prostu kocha cię za to, jaka jesteś.
- Długo szukałeś zanim znalazłeś mamę?
- Miałem kilka dziewczyn, ale to nigdy nie było nic poważnego. Dopiero przy twojej mamie zapełniła się ta dziwna pustka wewnątrz mnie i czułem się naprawdę szczęśliwy. Dzieliłem się z nią całym moim życiem i wiedziałem, że ona jest tą jedyną. – Zobaczyłam uśmiech na twarzy siwego mężczyzny i sama się uśmiechnęłam. Zawsze dziękowałam Bogu za to, że dorastałam w normalnej rodzinie z kochającymi rodzicami. Znałam wiele osób, które nie miały aż tak dużego szczęścia co ja. – Co się stało, że znalazłaś dla nas aż tak dużo czasu? Szef się zmienił? – spytał odwracając się w moją stronę i siadając na ławce ustawionej niedaleko ogniska.
- Zamknęliśmy sprawę seryjnego mordercy, którego ścigaliśmy przez ostatnie kilka miesięcy. W sumie to dlatego w ogóle nie przyjeżdżałam. Mój wspaniałomyślny szef dał mi tydzień wolnego, przed rozpoczęciem kolejnej sprawy. – przewróciłam oczami nad „wspaniałomyślnością” Andrews’a. Serio... zaszalał facet z tym wolnym! Usiadłam obok taty i westchnęłam .- Dzięki niej będę mogła szybko awansować. Dlatego gdy wrócę, muszę rozegrać wszystko jak idealną partię gry w szachy. Nie ma tu już miejsca na pomyłkę, jak zaszło się tak daleko. – popatrzyłam na siwego mężczyznę obok a on objął mnie swoim ojcowskim ramieniem i szepnął:
- Poradzisz sobie, Amy... jak zawsze. Jesteś mądra, kochasz to co robisz i jesteś w tym dobra. Nie może się nie udać. – słowa taty działały na mnie dziwnie uspakajająco. Czułam, że faktycznie tak może być. Wszystko się uda, a ja podejdę do tego profesjonalnie. Nie mogę myśleć ciągle o tym, że jest to moja najkrótsza droga do awansu. Muszę podejść do tego jako do zwyczajnej sprawy, w którą muszę włożyć dużo wysiłku i sprytu jak w każdą. Przecież w tym jestem najlepsza!